OSTATKI INŻYNIERÓW BAWIĄ SIĘ W SOSIE WŁASNYM

Zdjęcia

Po paru latach wyłączenia się z zabaw organizowanych przez STP, zauważyłem, że doskonale potrafimy to robić. Jednak, jak popatrzyłem na salę z podium, to wydaje mi się, że ten tytuł może stać się rzeczywistością. Na ogólną liczbę ponad 110 uczestników, średnia młodości wg mnie była trochę za wysoka, co wcale nie oznacza, że zabawa była nie udana wręcz przeciwnie - "Bal" był bardzo udany. Znowu organizatorzy spisali się na piątkę plusem.

Trzeba przyznać, że w sukcesie zabawy pomagała doskonała orkiestra, pod niezawodną batutą pani dr Elżbiety Nowickiej, oraz świetny wodzirej pan mgr inż. Stasio Kielar. Orkiestra grała do pierwszej nad ranem w niezmordowany sposób, i za życzenia nie trzeba było płacić napiwków, a szkoda bo można byłoby stworzyć specjalny fundusz na zakup czegoś tam, np.: paru nowych CDs.

Było parę intrygujących momentów, kiedy orkiestra zagrała brazylijską "Sambę" a potem "Lambadę", to ludzie wahali się jak to tańczyć w ottawskich, zimowych strojach. Nawet nasz doskonały wodzirej żachnął, czy nie doradzić lub zasugerować tańczącym, żeby zdjęli z siebie trochę tych zimowych ciuchów, co byłoby jak w Rio de Janeiro. Pan "Wodzirej" nie odważył się jednak na coś takiego, ale widziałem jak mu się oczka śmiały na samą myśl. Ale gdyby tak jedna lub dwie tańczące pary rozluźniły się, wchodząc w trans prawdziwej "Samby" czy "Lambady" to taki widok, porwałby za sobą, resztę uczestników, niezmożonych czasem.

Wyraźnie dało się zauważyć, że ten nasz "inżynierski kwiat" siedział wygodnie przy telewizorach w domu, nabierając sił i sadła na tzw. ciężkie czasy wiosenne, zanim zakwitną w maju białe bzy.

Organizatorzy spisali się znakomicie, rozkład stolików, zestaw muzyczny orkiestry, no i oczywiście jedzenie, to było takie, że paluszki lizać. Zapach i smak, tego "Boef Bourguignon", który mógłby konkurować z szefem kuchni przy Sussex Dr.- tak łatwo nie da się zapomnieć. Proszę pomyśleć tylko, że ten nasz balowy Boef Bourgignon, był przyrządzony przez "Panie", czyli inżynierów domowych z koła "Żon", za co należy im się duże uznanie, za włożoną pracę, oraz za kunszt gotowania na gazie.

Czego natomiast nie podawano przy Sussex Dr., to "kaszy gryczanej na sypko" - historycznie potwierdzony fakt, czym nas właśnie uraczono na "Balu". Otóż, ta kasza gryczana - każde ziarnko oddzielnie, osobiście było przyrządzone przez dr inż. A. Garlickiego, wg opatentowanej recepty. W czasie "Balu" udało mi się rozmawiać z naocznym świadkiem panem "X", który jest zawodowym podglądaczem, nawet ma licencję jako "prywatne oko do wynajęcia". To właśnie "prywatne oko" całą noc było w stanie największego wytrzeszczenia, podglądając przez lornetkę z okien domu stojącego na przeciwko, jak to dr Garlicki przyrządzał tę kaszę, w swoim prywatnym "Kuchatorium".

Pan 'X" bez mrugnięcia okiem, wyznał, że każde ziarnko surowej kaszy traktowane było, w specjalnym urządzeniu w postaci garnka. Taki garnek (z surową kaszą zanurzoną do 1/3 w wodzie, choć tak naprawdę to nie wiadomo) poddane było strumieniowi energii, przy adiabatycznej przemianie materii i odpowiednich izotermach masy, otrzymujemy tzw. kaszę gotowaną na sypko, gdzie każde ziarnko zachowuje swoją niezależność, tak jak my Polacy, nie dając się połączyć z drugim, choćby używał "crazy glue".

Ponadto, organizatorzy zadbali również o atrakcje wieczoru, w postaci występów artystycznych naszych miejscowych artystów i zaproszonych gości. Mieliśmy więc, występ pani Peszko, której załatwiono licencję inżyniera sopranowego na ten właśnie wieczór, oraz pani Beaty Mazur, która zaprezentowała się jako inżynier pianista tego wieczoru. Jednym z kawałków, który pani inżynier od sopranu miała zaśpiewać wspólnie z naszym gościem, Panem Konsulem, "inżynierem dyplomatą" Michałem Zawiłą, przy akompaniamencie pani inż. Beaty Mazur, był utwór - "Hej Cyganie".

Jak wodzirej wieczoru zapowiedział ten występ w takim składzie, to zauważyłem jak nasz "Gość" wahał się czy wypada już śpiewać pieśni o najbogatszej grupie społecznej. Rozejrzał się wkoło i przemógł swoje wątpliwości jako, że na sali nie było nikogo, kto swoim wyglądem przypominałby swojskiego cygana. Sam siebie nie mógł brać pod uwagę, bo wyglądem też nie przypominał "cygana", brak mu było złotej koronki z przodu, nie posiadał rubinowych pierścieni na palcach w złocie obsadzanych, nie mówiąc już o jedwabnym garniturku i butach na wysokim obcasie z wężowej skórki. Od razu widać było, że to porządny gość, "inżynier dyplomata" na delegacji, co potrafi zagrać na pianinie i pośpiewać także, zwłaszcza w towarzystwie po fachu.

Kiedy "trio" produkowało się na scenie, to nasz "Wodzirej" zaprosił z sali czterech "smutnych" panów, żeby wnieśli jadło na salę i ustawili na przygotowanych czterech niskich a wysokich na pół metra stołach, połączonych razem białym obrusem. Oni trochę się opierali, ale tak naprawdę nie mieli żadnego wyjścia, bo pan Przewodniczący Oddziału stał w obstawie jako pierwszy przy tym niskim stole, wystrojony był w czerwony fartuch i białą czapkę, z przyrządem w ręku, przypominającym długą warząchew do nakładania jadła i niechby się któryś z nich ( tych czterech ) postawił i odmówił, to myślę, że nasz Przewodniczący dr J. Zarzycki pokazałby mu drogę po to jadło.

Ciekaw jestem czy wszyscy zauważyli, co na tym, fartuchu było napisane. Mnie się wydawało, że ten napis mówił, że nasz Przewodniczący to najlepszy "seksiarz" w stanie spoczynku. Nic dziwnego, że reszta Zarządu nie spuszczała go z oka. Każdy chciał się dowiedzieć jak on to zrobił - tzn. wygrał ten fartuch jako "pierwszą nagrodę", chyba nie na ładne oczy, tylko przechodząc z przedbiegów, aż do finałów, wykańczając wszystkich konkurentów po drodze. Ostatecznie, otrzymał ten właśnie fartuch z napisem, oddającym sportowego ducha w zawodach.

Kiedy Zarząd Oddziału nabierał sił, do obsługiwania gości, którzy ostrzyli sobie apetyt, pani Dyrygent zarządziła orkiestrze, żeby grała taką sublimalną muzykę, co to jak się słucha, to nic tylko ślinka leci do tego jadła, że trudno wytrzymać. Kiedy już te naczynia przyniesiono i ustawiono pod sznur na tym niskim a wysokim na pół metra stole, to cały Zarząd rozpoczął rozdawać te dary Boże po uważaniu - od znajomego stolika począwszy, przy którym bawiliśmy Pana Prezesa Z.G. mgr inż. G. Sobockiego wraz z małżonką i Redaktora New Link'u mgr inż. A. Gaszyńskiego. A jak już rozdano wszystko po uważaniu, tzn. co najlepsze kąski, to po resztę tak się towarzystwo rzuciło, że ustawiła się długa kolejka.

Mnie się udało wreszcie, dojść do stołu. Zobaczyłem, jak Pan Przewodniczący najpierw spojrzał każdemu prosto w oczy i czekał przez ułamek sekundy. Jak się delikwentowi już ręce trzęsły ze zdenerwowania, to pytał: ile? Ja z duszą na ramieniu i drżącym głosem półszeptem powiedziałem: dwie. Oczywiście, mowa tu o dwóch łyżkach tej sypkiej kaszy gryczanej dr A. Garlickiego. Przewodniczący z uśmiechem kaszanego potentata, bez słowa, rzucił mi na tę białą i giętką porcelanę z Japonii, dwie pełne, wprost czubate łyżki kaszy, gdzie natychmiast wszystkie ziarnka rozpierzchły się po tej porcelanie. Ja jednak dumny, że zachowałem ekwilibrium równowagi, oraz że dostaję coś od Przewodniczącego, o co nowi nagabywani o zapisanie się do STP, zawsze mnie pytają, a co mi to da, jak się zapiszę? Teraz będę mógł śmiało odpowiedzieć: dwie łyżki sypkiej kaszy na Ostatki. Dwie czubate łyżki kaszy okraszone BB, po 3.5 geo-uncji każda - tak właśnie im powiem.

Następnie według hierarchii pani Vice-Prezes, także spojrzała mi w oczy, na co ja od razu, trochę śmielej powiedziałem: dwie, na sam środek tej sypkiej kaszy, żeby mi się te ziarnka nie rozłaziły więcej po tej porcelanie. Wówczas, pani V-Prezes mgr inż. Grażyna Trzęsicka bez żachnięcia, podobnie jak Prezes dumnie dała mi dwie czubate łyżki tego high-tech BB, o pojemności 3.5 kilobytes każda, z szybkością 25 MHz.

Nie zdążyłem się nacieszyć tym zapachem gryczano - BB'wym, gdy następny członek Zarządu stał gotowy, ponownie patrząc mi w oczy. Tym razem już nie rzekłem ani słowa, po moim talerzu można było się zorientować, że ja to chcę od STP a od Oddziału w szczególności, wszystko co tylko da się wyciągnąć.

To już drugi raz w tym roku, udaje mi się amortyzować składkę. Tym razem w postaci "super high-tech sałatki "a la "Ankieta STP--93" z samych zielonych listków z przecinkami czerwonej rzodkiewki, krążków świeżego ogórka, myślnikami z czerwonej papryki i znakiem zapytania innych zielonych a karbowanych delicji, świeżo dostarczonych z Kalifornii tuż przed trzęsieniem ziemi.

Taka oto sałatka, nakładana była na tę coraz bardziej elastyczną japońską porcelanę, wdzięcznie z uśmiechem na trzydzieści sześć zębów, przez członkinię Zarządu od Specjalnych Poruczeń, Panią dr inż. Elżbietę Giziewicz. Zanim jednak uśmiechnięta dr położyła każdą łyżkę sałaty na mój talerz, zdążyła już uprzednio przeprowadzić "analizę elektro-chemiczną", czy zawartość każdej łyżki jest wg "wysokich standardów" jakich się obecnie trzyma nasz Ottawski Zarząd Oddziału.

Po tych analizach, włączał się natychmiast, nasz niezastąpiony "wodzirej", żeby w tonie barytonu z poziomu od najniższej do najwyższej oktawy, polać to wszystko specjalnym sosikiem. Kolega Stanisław zanim zalał tę pryzmę rozpusty, to w mgnieniu oka czytał myśli każdego jak z nut, tak, że nie trzeba było już szeptać "ile i gdzie". On to od razu wiedział, jak każdemu dogodzić. Jeśli się nie przesłyszałem to niektórym sugerował szeptem, że np. piętnastominutowa maseczka z tego sosiku restauruje cerę lub inne ukryte organa w 98.5% na okres tygodnia, co oznaczało, że zanim zabawa się skończy, wszystko będzie jeszcze jak przed wojną.

A po tym obładowaniu się wiktuałami, odchodziliśmy do własnych stolików. Zauważyłem, że każdy odchodząc, poruszał się jak po tłuczonym szkle, żeby tej zawartości nie przełożyć przez nieuwagę na parkiet, zamiast do żołądka, bo noc była jeszcze bardzo młoda i przed nami inne rozrywki z nieustannie przygrywającą i wyśmienitą orkiestrą pod batutą dr inż. Elżbiety Nowickiej.

Na tym ta rozpustna uczta "Lukulusa" jeszcze się nie skończyła. Przecież nie można pominąć faktu, że każdy przychodząc na "Bal" siadał przy stole nakrytym haftowanym obrusikiem z najlepszych koronek kaliskich, sprowadzonych po znajomości z Kalisza via Hongkong. Stoły te, były zastawione przekąską w postaci słonych precelków firmy a la "Wedel SA", które można było wedle gustu, przepłukiwać doskonałym winem koloru barw narodowych. Te wyśmienite trunki zapewnił nam, nasz skarbnik, mgr inż. Tadeusz Cieński, który już od pół roku wchodził w układy z L.C.B.O., żeby na czas dostarczyć je bezpośrednio z piwnic of "the Magyar Republic". Dlatego warto przedstawić siedzącym w domu teleholikom, co stracili bezpowrotnie, psując sobie przy okazji, własne oczy starymi "re-runs".

Jak już wszyscy uporali się z tą adiabatyczne traktowaną kaszą, wyśmienitym BB, oraz sałatką z sosem kosmetycznym firmy "Kraft", to następny członek Zarządu dr Piotr Nawrot w towarzystwie mgr inż. Lidii Zielińskiej, cichutko i dyskretnie przesuwali się z uśmiechem po sali, jak lekka i zwiewna melodia podczas kolacji, roznosząc tuzinami wyśmienite pączki, nadziewane powidłami ze śliwek najlepszego gatunku. Nie zapomniano także o serwetkach do wycierania paluszków, które potem każdy namiętnie lizał. Te pączki to szmuglowane były prawie z zagranicy - bo z Montrealu, gdzie jest cukiernia "Krakus", eksportująca swoje świetne wyroby, dokąd się tylko da.- nawet do Ottawy - łamiąc wszelkie bariery celne.

Już chciałem zakończyć, jak mi się przypomniało, że należy wspomnieć o drugiej atrakcji wieczoru tj. o loterii fantowej, z której dochód przeznaczony był na cele dobroczynne w Kraju. Nasz Prezes, w towarzystwie swojej świty, wędrował od stolika do stolika nakłaniając każdego do nabycia biletów loteryjnych. Odbywało się to tak, że jak Pan Prezes podszedł do stolika, to najpierw patrzył, czy siedzące przy stole towarzystwo, ma dobrze wypłukane wszystkie precelki, czy nie, w tym winie o narodowych barwach. Bo jak butelki były suche, ani śladu po precelkach, to transakcja trwała krótko i prawdziwa waluta cichutko wpadała do papierowej torby po ziemniakach z PEI. Natomiast jak butelki były prawie pełne, to słychać było czasami brzęk miedziaków, wpadających do tej samej torby. Po wyzbyciu się biletów, zaczęło się publiczne losowanie na scenie.

Wówczas nasz przemiły "wodzirej", najpierw otrzymał taką szkatułkę z pustymi numerami okraszonymi tu i ówdzie pewniakami. Potem, sprosił sobie trzy dorodne panie na scenę, z których ja rozpoznałem tylko jedną, moją żonę. Tych pozostałych dwu pań, to przedtem nigdy nie widziałem.

I jak ten nasz wodzirej, wyszeptał im reguły szukania w tej szkatułce, gdzie te dobre numery są poukładane, to zaczęło się wielkie szperanie. Jak jedna Pani szperała w tej szkatułce, to te dwie uśmiechnięte patrzyły na salę, żeby odwrócić uwagę. Kiedy ta szukająca Pani zgłosiła, że już ma dobry numer, to pan Stasio jak gdyby nic mówił: Pani Ziutko, proszę odczytać głośno ten szczęśliwy numerek, Kiedy Pani Ziutka ogłaszała ten numerek, to druga Pani już przeszukiwała zawartość szkatułki. I tak na zmianę jak w najlepszym kasynie gier - czyli Bingo znaczy się.

Pierwszą nagrodą był kupon na 5 (pięć metrów bieżących kiełbasy, do odebrania w "Continental Delikatesen" na rynku w Ottawie. Miejmy nadzieję, że to nie było 5 metrów "baloney" bo dopiero byłby problem, żeby to strawić. Chyba, że będzie to zwyczajna "chłopska" w zręcznych kawałkach, to p. Beatka na pewno sobie poradzi. Następny fant prowadził wprost do "Bałtyku" na Carling'u -to też są Polskie "delikatesy". Ten szczęśliwy los był nieco krótszy, bo tylko 3 (my) metry wyrobów, ale parking lepszy, bo nie trzeba płacić.

Wreszcie przyszła kolej na moją Pańcię Mirę. Biedaczka, namęczyła się grzebaniem w tych numerach, tak po omacku, jako, że nigdy nie studiowała Braille'a, to trudno coś wyczuć co jest napisane na tych biletach. Wreszcie jak już znalazła jakiś zapisany bilet, to z czytaniem był problem, bo i światło na scenie marne, i okulary takie od urody. Ale pan Stasio - wodzirej szybko się zorientował i pomógł jej odczytać, co mnie podniosło na duchu. Po sprawdzeniu okazało się, co za szczęśliwy zbieg okoliczności - to właśnie był mój numer. Niestety, mnie w delikatesach nie była pisana, prywatna wyżerka. Trafił mi się taki piękny czajnik żeliwny, który chyba oryginalnie był pomyślany, jako gondola do balonu - bo waży dobrych 30 funtów. Dekoracyjny to on jest, może służyć do samoobrony także, tylko ugryźć to nie da rady.

Po tym czajniku nasze Fantowe Panie łamały sobie paznokcie biedaczki, grzebaniem w tej szkatułce, gdzie coraz mniej już było tych super trafnych fantów. Ale co poniektórym, los i tak dopisał, bo dostali kupony do znanych Polskich restauracji "Beatrice" i "Krystyna" w Ottawie, na intymny wieczór "tête-à-tête".

I w ten właśnie sposób, "Ostatki Inżynierów" przetańczyły, walcując tę lutową noc, jak za dawnych lat. Ciekaw jestem, czy ktoś pamięta, jakiego koloru krawat miał nasz Pan Konsul, kiedy śpiewał "Hej Cyganie" bo ja za nic, nie mogę sobie przypomnieć tego szczegółu.

Czego nie mogłem znaleźć na balu, to gorącej herbaty do picia, bo kawuśka z mleczkiem kosmetycznym to była na wejściowym zapleczu w dowolnych ilościach. Za co się należy pochwała całemu Komitetowi Organizacyjnemu, w składzie, którego już nie pamiętam.

Szczepan T. Morawski, P.Eng.

5 lutego 1994


Zdjęcia (proszę kliknąć na zdjęcie aby zobaczyć powiększoną wersję):

Początek strony