Stowarzyszenie Inżynierów Polskich w Kanadzie, Oddział w Ottawie Stowarzyszenie Inżynierów Polskich w Kanadzie, Oddział w Ottawie

"PRZEDWIOŚNIE"

19 listopada 2002 odbył się drugi wieczorek filmowy SIP, na którym kol. Piraszewski pokazał licznie zebranej publiczności jeden z ostatnich czołowych filmów polskich, a mianowicie film Filipa Bajona "Przedwiośnie" wedle powieści Stefana Żeromskiego. Oczywiście wydarzenia z przed blisko stu lat przedstawione w filmie przemawiają bardziej do starszego pokolenia, ale wątek miłosny przemawia tak do starszych jak i do młodszych. Świetna obsada aktorska, niezawodna Krystyna Janda, Janusz Gajos, Daniel Olbrychski, Adam Hanuszkiewicz i inni. Mateusz Damięcki czaruje widza nie tylko swoją aparycją, ale i talentem aktorskim.

Maria F. Zielińska

Początek strony


"PRZEDWIOŚNIE"

Film jest ekranizacją powieści Stefana Żeromskiego. Opowiada historię Cezarego Baryki, który wkracza w dorosłe życie w momencie burzliwych wydarzeń politycznych: rewolucji w Baku i Moskwie, wojny polsko - bolszewickiej oraz pierwszych lat po odzyskaniu niepodległości. Nie brak także wątków miłosnych, gdyż po drodze Cezary spotyka wiele pięknych i intrygujących kobiet.

Data premiery: 2001
Produkcja: Polska
Czas trwania: 138 min.
Ograniczenie wiekowe: nie ma

EKIPA: 
Reżyseria:Filip Bajon
Scenariusz:Filip Bajon
Na podstawie powieści:Stefan Żeromski
Muzyka:Michał Lorenc
Zdjęcia:Bartosz Prokopowicz
Scenografia:Anna Wunderlich
Montaż:Krzysztof Szpetmański
Kostiumy:Małgorzata Braszka
Kierownictwo produkcji:Leszek Pieszko
Produkcja:Dariusz Jabłoński
Casting:Rafik Alijew
Muzyka (Polonez As-dur):Fryderyk Chopin

OBSADA: 
Baryka Cezary: Mateusz Damięcki
Matka Baryki: Krystyna Janda
Baryka Seweryn, ojciec Cezarego: Janusz Gajos
Gajowiec Szymon: Daniel Olbrychski
Barwicki: Krzysztof Globisz
Hipolit Wielosławski: Maciej Stuhr
Komisarz: Robert Gonera
Jastrun: Władysław Kowalski
Ksiądz Nastek: Piotr Gąsowski
Szarłatowiczówna Karolina (Karusia): Urszula Grabowska
Okszyńska Wanda: Karolina Gruszka
Kościeniecka Laura: Małgorzata Lewińska
Lulek Antoni: Marcin Dorociński
Wuj Skalnicki: Jan Nowicki
Maciejunio: Wojciech Siemion
Porucznik Mamczur: Jakub Przebindowski
Matka Hipolita: Alicja Jachiewicz
Jędrek: Marcin Lamprecht
Storzan: Adam Hanuszkiewicz
Ciotka Aniela: Teresa Szmigielówna
Ciotka Wiktoria: Danuta Szaflarska
Turzycki: Stefan Szmidt
Turzycka: Mirosława Marcheluk
Aldona: Sławomira Łozińska
Blondyn: Andrzej Chyra
Polityk: Krzysztof Pieczyński
Rabin: Szymon Szurmiej
Profesor Fiszer: Leon Niemczyk

Początek strony


Hamlet pod Belwederem

Recenzja Tygodnika "POLITYKA"

Zdzisław Pietrasik

Prawie dwie i pół godziny siedzi się w kinie bez znużenia: akcja powieści opowiedziana jest skrótowo, nowocześnie i, poza wyjątkami, klarownie, młodzi aktorzy grają przyzwoicie, jest kilka scen naprawdę pięknych, włącznie z finałem, w którym Cezary Baryka pada martwy. O to zakończenie, które Filip Bajon zmienił Stefanowi Żeromskiemu, będzie się można trochę posprzeczać. Ponadto nie przewidują, by filmowe "Przedwiośnie" dało impuls do jakiejś nowej ogólnonarodowej debaty.    

Przyznam, iż z pewnym niepokojem przyglądałem się poprzedzającej premierę "Przedwiośnia" akcji promocyjnej, która najwyraźniej miała zasugerować potencjalnym widzom, iż jeżeli zechcą pofatygować się do kina, zobaczą na ekranie wspaniały romans, ewentualnie z historią w tle i to dosyć odległym. Kolorowe magazyny zdążyły w międzyczasie spopularyzować młodych aktorów, grających w filmie główne role, wprowadzając ich do sezonowego gwiazdozbioru, w którym sąsiadują z piosenkarkami i prezenterami programów telewizyjnych.

Zapewne była to kampania dobrze przemyślana i poprzedzona analizą rynku, którego prawa są już zresztą dość dobrze znane: wiadomo mianowicie, iż do kin chodzi głównie młodzież, a jeżeli ktoś kogoś zachęca do pójścia na film, to dzieci swych zgnuśniałych, zaganianych rodziców, a nie odwrotnie. Tak czy inaczej, mamy sytuację cokolwiek paranoiczną, oto bowiem powstaje wreszcie film, na który czekało się od dawna (w każdym razie niektórzy czekali), stanowiący ekranizację książki mówiącej gorzkie prawdy o Polsce, polskości, rozczarowaniu wolnością, braku idei etc., i produkcja ta wprowadzana jest na ekrany w przebraniu romansu, ponieważ producenci wiedzą aż nadto dobrze, iż Polacy nie mają dzisiaj najmniejszego zamiaru rozprawiać o polskości, wolności etc.

No dobrze, ale film jest w kinach i jednak nie da się go włożyć między opowieści miłosne, bo cokolwiek sugeruje reklama, to jednak "Przedwiośnie" opowiada nie tylko o tym, że Wandzia otruła strychniną biedną Karusię, a Cezary z nich dwóch najbardziej kochał tę trzecią, czyli Laurę.

Opowieść o dorastaniu

Przed pierwszym klapsem Bajon mówił w wywiadzie dla "Polityki": "Znalazłem w «Przedwiośniu» opowieść o zbuntowanym młodym człowieku, który bez przerwy nie zgadza się, który proponuje swoją bardzo idealistyczną wizję świata, poszukuje prawdy, sprawiedliwości, swoistego piękna. Jest mu w zastanym świecie niewygodnie". Reżyser przyznał też, iż idealnym odtwórcą głównej roli byłby James Dean. Zamiast Deana, który z oczywistych powodów nie mógł wystąpić, pojawia się Mateusz Damięcki, młodzieniec sympatyczny i wrażliwy, który jednak niewiele ma wspólnego z buntownikiem bez powodu. Kiedy rok temu pokazał się na berlińskim festiwalu w głównej roli w rosyjskiej  "Córce kapitana", został w miejscowych gazetach porównany do Leonarda DiCaprio, co też jest komplementem. Cezary Baryka, któremu daje ujmujące rysy bardzo współczesnego chłopca, nie pragnie bynajmniej rozwalać zastanego porządku, on jest tylko świadkiem historii, która nieustannie wciąga go w swe tryby. Miał to szczęście - albo pecha - że urodził się w roku 1900, zanim więc skończył dwadzieścia lat, przeżył wojnę światową, rewolucję, następnie wojnę dwudziestego roku o obronę świeżo odzyskanej ojczyzny. Kiedy, mając dwadzieścia dwa lata, wychodzi na czoło robotniczej demonstracji zmierzającej pod Belweder, jest już człowiekiem wewnętrznie wypalonym, wyczerpanym, zmęczonym historią, Polską i kobietami. Wszystko przynosiło tylko rozczarowania.

Jak pamiętamy (przynajmniej z lektury szkolnej), powieść Żeromskiego składa się z trzech części: "Rodowód", "Nawłoć", "Wiatr od Wschodu". Film, podobnie jak książka, zaczyna się od scen w Baku, jest rok 1914, ostatnie chwile spokoju, Cezary wraz z przyjaciółmi, Rosjaninem, Żydem, Azerem i Ormianinem, oddaje się płochym zajęciom, takim jak podglądanie czterech żon Sulejmana. Już w prologu pojawia się piękna ormiańska dziewczyna Aida, z którą Czaruś rozpoczyna niewinny romans. Tych scen w książce nie było, podobnie jak wielu innych, już po kilkunastu minutach mamy pewność, że reżyser nie będzie trzymał się niewolniczo litery tekstu i w zasadzie kręci film według "Przedwiośnia", a nie ekranizuje lekturę szkolną. Stąd nie może nas dziwić żywa Aida, która w książce pojawia się jedynie pod postacią trupa zjawiskowo pięknej ormiańskiej dziewczyny, wołającej bezgłośnie do Cezarego: "Nie zapomnij krzywdy mojej woźnico młody! Przypatrz się dobrze zbrodni ludzkiej! Strzeż się! Pamiętaj!". Który to cytat zamieszczam z premedytacją, by tym, którzy z prozą klasyka nie mieli od dawna do czynienia, przypomnieć, do czego bywał on miejscami zdolny. O odstępstwach od oryginału można by napisać osobną rozprawę, która oczywiście nie miałaby sensu, bo książka jest książką, a film filmem. W ogóle podejrzewam, że film bardziej spodoba się osobom, które o "Przedwiośniu" mają zaledwie mgliste wyobrażenie, niż polonistom przypominającym sobie co chwilę, jak było u Żeromskiego.

Bajon unika grafomanii oryginału, posuwa akcję szybko do przodu, oto Baryka z Aidą lecą samolotem nad pustynią (tak jest!), widzą gruzawik z czerwonoarmiejcami, i po chwili rewolucja jest już w mieście. A jednak, z przykrością to piszę, cała sekwencja w Baku jest dość słaba, nie ma porażenia żywiołem rewolucji, niewyobrażalnego ogromu ludzkich cierpień, również sytuacja emocjonalna samego Cezarego Baryki nie została przedstawiona sugestywnie. Choćby jego relacje z matką. Przecież po wyjeździe ojca na front Czaruś po prostu dziczeje ("Wyrwawszy się z ojcowskiej uździenicy nie mógł już znieść żadnego arkana"). Tymczasem matka wypruwa żyły, żeby mu zapewnić luksusy, jej śmierć przychodzi więc w następstwie potwornych cierpień i wyrzeczeń. W filmie jest natomiast tak, że zatrzymana przez bolszewików Krystyna Janda przenosi kilka kamieni w porcie i zaraz umiera. Grający ojca Janusz Gajos ma trochę więcej okazji, by pokazać, jakim wybornym jest aktorem, ale i jemu nie dano stworzyć kreacji. Najgorsze jest jednak to, że "dzikus" Cezary bardzo długo pozostaje zupełnie grzecznym chłopcem, schludnie ubranym, niesplamionym. Jakoś nie wierzy się, że został ukąszony, zatruty jadem, wstrząśnięty na resztę życia.

Stacja Nawłoć

Najlepsze są sceny w Nawłoci, tym Soplicowie po latach, a może raczej parodii Soplicowa. Od chwili, gdy Baryka wraz z kompanem z frontu Hipolitem Wielosławskim (bardzo dobry Maciej Stuhr) wysiada na małej stacyjce, mamy wielkie kino. Pomyślałem nawet, że tak mógłby się zaczynać film, chociaż nie, pewnych obrazów pokazanych wcześniej byłoby jednak żal, na przykład sceny powitania Baryki z nieznaną Polską czy bitwy pod Radzyminem. Filip Bajon tym się różni od sporej części swych kolegów po fachu, że jest, a przynajmniej bywa, artystą. W "Przedwiośniu" jest kilka pomysłów reżyserskich najwyższych lotów (wspartych świetnymi zdjęciami Bartka Prokopowicza), choćby wspomniana bitwa: atak na bagnety, postaci żołnierzy we mgle, okrutnie piękny, lekko odrealniony balet śmierci. Ładnie pokazany jest bal w Odolonach, scena erotyczna Cezarego z Laurą (która ściąga rękawicę niczym Rita Hayworth), śmierć Karusi, kiedy ksiądz udzielając ostatniej posługi w roztargnieniu wiąże stułą jej dłoń z ręką Baryki. Reżyser imponuje skrótami, które zastępują wielość książkowych opisów. Oto w jaki sposób Baryka dowiaduje się, że dwór to jeszcze nie jest cała Polska. W powieści mamy ludzi folwarcznych, których ukłony go peszą, bosych chłopów na drodze, Żyda z brudnym workiem na plecach (Żydzinę, Żydeczka, jak pisał Żeromski) itp. W filmie jest jedna mocna scena, gdy Cezary odkrywa w wyziębionej stodole staruszków ze wsi, którzy tu zgromadzeni umierają, nie chcąc zabierać ciepła domownikom.

Baryka poszedł na wojnę, ponieważ szli wszyscy, "jak na bal". Teraz przyjechał do Nawłoci, czyli do Polski, o której ciągle wiedział mało. Znalazł się w przestrzeni sielskiej i anielskiej, otoczony zakochanymi kobietami. W chwili euforii wyznaje Hipkowi: "dobrze mi tu jest...". Ale wkrótce przekona się, że trafił do zmurszałego skansenu, którego lokatorzy patrzą na niego jak na półbolszewika. Jest znowu sam, jak "cudzoziemiec między rodakami". Mateusz Damięcki w tych partiach jest bardzo dobry, jakby nagle dojrzał; wraca do Warszawy jako naprawdę dorosły mężczyzna.

Ostatni trup romantyczny?

Teraz może się zmierzyć ze swym opiekunem i mentorem Szymonem Gajowcem, który w sugestywnym wykonaniu Daniela Olbrychskiego jest byłym ideowcem, gorzko przeżywającym klęskę czynnego uprawiania polityki. Tym bardziej że u Bajona nie jest on wysokim urzędnikiem świeżo utworzonego ministerstwa skarbu, lecz samym ministrem spraw wewnętrznych. Burzliwa rozmowa Baryki z Gajowcem to jedna z zasadniczych partii książki - spór o przyszły kształt obronionej właśnie wolności. To w trakcie tej utarczki Cezary rzuca w twarz swemu byłemu już mistrzowi kłopotliwą kwestię: "Macież wy odwagę Lenina, żeby wszcząć dzieło nieznane, zburzyć stare i wszcząć nowe?". A chwilę potem: "Nie macie żadnej idei". W filmie scena nie może zajmować więcej niż dwie minuty, Baryka dodaje przy Leninie coś takiego, że nie chodzi mu o rewolucyjne cele, tylko rozmach, ponadto rozmowa odbywa się w mało komfortowych warunkach w samochodzie, z którego minister spraw wewnętrznych obserwuje formującą się demonstrację robotników.

Baryka przyłącza się do nich, mimo że wcześniej został wylany z zebrania partyjnego. Nie jest to zatem akt robotniczego solidaryzmu w wykonaniu idealisty rozczarowanego rzeczywistością polityczną, lecz raczej desperacja rozczarowanego romantyka.

Bajon zmienił Żeromskiemu zakończenie. W książce jest tak, że Cezary po nieudanej randce z Laurą, teraz poślubionej innemu (której to schadzki w filmie nie ma), przyłącza się do demonstracji, najpierw kroczy pod rękę z towarzyszem Lulkiem, a potem: "Baryka wyszedł z szeregu robotników i parł oddzielnie, wprost na ten szary tłum żołnierzy - na czele zbiedzonego tłumu". I to jest ostatnie zdanie powieści. Skoro Żeromski niczego nie chciał rozstrzygać, najprawdopodobniej miał swoje powody, choćby taki, że w literaturze polskiej pod dostatkiem było już martwych bohaterów. Nikt nie ginął tak pięknie jak romantycy, a my wiemy, że później jak kamienie na szaniec szli ich pogrobowcy, choćby Maciek Chełmicki, który wziął udział w Powstaniu Warszawskim, ale gdyby urodził się wcześniej, walczyłby w Powstaniu Listopadowym czy Styczniowym. Tradycję składania życia na ojczyzny ołtarzu przejęli z czasem plebejusze, jak najsławniejszy robotnik w dziejach polskiego kina, Mateusz Birkut z "Człowieka z marmuru".

Filmowy Baryka umiera pięknie, pada elegancko, trochę operowo, a za moment na jego nieskazitelnie białej koszuli zakwitnie plama czerwonej krwi, jak róża na śniegu (no, spróbowałem nieudolnie w stylu Żeromskiego). Ale proszę zwrócić tu uwagę na pewien rekwizyt, z którym Cezary nie rozstaje się do końca. Jest to mianowicie książeczka, zwana w powieści "pamiętniczkiem z wojny 1831 roku", w którym na stronie trzydziestej siódmej podana była wiadomość, iż do liczby piętnastu obywateli Rusi, którzy przystąpili do powstania, należał Kalikst Grzegorz Baryka - w prostej linii pradziad Cezarego. Z tym że u Żeromskiego rodzinna ta relikwia zawieruszyła się gdzieś w drodze z Baku do Polski, konkretnie przywłaszczył ją sobie wraz z całą walizką bolszewik zawiadujący przechowalnią bagażu na moskiewskim dworcu. Bajon każe trzymać Cezaremu pamiętniczek pod Belwederem, co jest oczywiście pretensjonalne, ale zamierzone. Mnie w tym ujęciu nasz samotny bohater przypomina Hamleta, który na pytanie, co czyta, odpowie: "Słowa, słowa, słowa...". Zanim pokaże się napis "koniec", umierający Baryka widzi jeszcze dom rodzinny w Baku i ojca powtarzającego "Kto w młodości nie był romantykiem, ten...".

Tak skonał polski Hamlet, ostatni romantyczny trup na ekranach naszych multikin. Czy młodzieżowa widownia, do której film jest zwrócony, uroni nad nim łzę? Oto jest pytanie.

Początek strony