Stowarzyszenie Inżynierów Polskich w Kanadzie, Oddział w Ottawie Stowarzyszenie Inżynierów Polskich w Kanadzie, Oddział w Ottawie

SIP - DZISIAJ

"New Link" - Wydanie Specjalne - czerwiec 2001 r.
60-cio lecie Stowarzyszenia Inżynierów Polskich w Kanadzie

W niniejszym jubileuszowym, specjalnym wydaniu "The New Link" zamieszczamy spojrzenia dwóch byłych oraz obecnego prezesa SIP na naszą organizację. Kol. Grzegorz Sobocki przestawia przeszłość naszego Stowarzyszenia, kol. Jan Cytowski - rozważa przyszłość. Niżej podpisany natomiast zamieszcza własne spostrzeżenia na temat otaczającej nas rzeczywistości.

W zmieniającym się świecie rozwijająca się żywiołowo technologia rewiduje nasze poglądy w wielu dziedzinach. Rzeczy do niedawna niewyobrażalne stają się codziennością naszego życia. Świat jest coraz mniejszy, między innymi dzięki nieznanym jeszcze sto kilkadziesiąt lat temu samolotom, kilkadziesiąt lat temu komputerom, czy kilkanaście lat temu - Internetowi. W każdej chwili możemy mieć bezpośredni kontakt z dowolnie wybranym miejscem na Ziemi. Nikogo nie porusza już fakt, że siedząc przed swoim domowym komputerem w Kanadzie można czytać najnowsze wydania polskich gazet, zanim jeszcze ukażą się one w kioskach w Warszawie. Przyzwyczajamy się bardzo szybko do wszelkich udogodnień i niektórym z nas trudno już sobie wyobrazić pracę i życie prywatne bez samochodu, komputera, faksu czy też telefonu komórkowego. O czym to świadczy? Z upływem czasu zmieniają się nasze potrzeby, priorytety, wymagania, oczekiwania... Życie płynie coraz szybciej - coraz więcej jest zajęć, coraz mniej wolnego czasu.

Kanada nie jest w świecie wyjątkiem. Może właśnie wręcz przeciwnie, ze względu na to, że jest międzynarodowym tyglem w którym stapiają się różne kultury. Zachodzące w świecie zmiany tutaj uwidaczniają się szczególnie intensywnie. Jak je odczuwamy? My Polacy, my - Polonia, my - mniejszości narodowe (tzw. widoczne i niewidoczne), my - Kanadyjczycy, my - inżynierowie i technicy (lekarze, artyści, nauczyciele, prawnicy, żeglarze, wędkarze...). Zmiany dotyczą wszystkich osób prywatnych, firm, organizacji społecznych. Czy te organizacje - w tym mniejszościowe, polonijne, a wśród nich Stowarzyszenie Inżynierów Polskich, nadążają za zmieniającymi się potrzebami i oczekiwaniami ich członków? Tak i nie. Te, które nadążają, funkcjonują nadal, rozwijają swoją działalność, ich znaczenie i prestiż ciągle rosną. Te, które nie potrafią lub nie chcą się dostosować do zmieniającej się rzeczywistości i potrzeb ich członków - upadają, bądź w najlepszym wypadku wegetują w formie skansenu, walcząc o przetrwanie.

Jestem przekonany, że w przeciwieństwie do sytuacji sprzed kilkudziesięciu, kilkunastu nawet lat, znakomita większość z nas nie szuka teraz w organizacjach polonijnych oparcia, pomocy we wkomponowaniu się w tutejszy pejzaż, znalezieniu mieszkania, pracy, czy też okazji do wspólnego narzekania na temat jak to źle się nam tutaj wiedzie - mimo że my jesteśmy mądrzy a inni wręcz przeciwnie. Szukamy raczej możliwości spędzenia czasu z ludźmi o podobnych zainteresowaniach. Jeżeli mówią po polsku - tym lepiej!

Spójrzmy, jak dynamicznie rozwijają się grupy zrzeszające płetwonurków, myśliwych, żeglarzy i innych hobbistów (jeżeli zachodzi tutaj zbieżność z profilem działania niektórych grup czy organizacji polonijnych, zaręczam że nie jest ona przypadkowa). Pogratulować! Tak trzymać! Czy oznacza to, że organizacje typu zawodowego, regionalnego, itp. są skazane na wymarcie? Nie. Muszą się jednak dostosować do zmieniających się potrzeb i oczekiwań swych obecnych i potencjalnych członków. Niestety wydaje się, że spełnienie tego wymogu w wielu przypadkach nie jest sprawą oczywistą. Dotyczy to nie tylko organizacji polonijnych, ale przecież bliższa ciału koszula...

W naszym Stowarzyszeniu od kilku już lat toczy się - na razie nieformalna dyskusja na temat miejsca i roli SIP w Polonii kanadyjskiej i życiu tego kraju. Nie możemy, dzięki Bogu, narzekać na to, że nasza organizacja przeżywa kryzys. Zaznacza się pewna decentralizacja w naszym działaniu. Polega to na bardziej proporcjonalnym udziale oddziałów, konkretnie na wzroście znaczenia oddziałów spoza Toronto a w konsekwencji odchodzenie oddziału Toronto od roli oddziału dominującego. Stajemy się bardziej kanadyjscy, a mniej torontońscy. Uważam, że dla organizacji ogólno kanadyjskiej, jest to zjawisko korzystne. Dzięki nowej technologii w dziedzinie komunikacji, wzajemny kontakt pomiędzy oddziałami oraz z Zarządem Głównym jest nieporównanie łatwiejszy niż jeszcze kilka lat temu. Rezultatem tego jest bardziej ścisła i efektywna współpraca. Większość z nas odczuwa jednak potrzebę dokonania zmian w formule funkcjonowania organizacji. Trudno ukryć fakt i oszukiwać się - znaczenie Polonii w życiu Kanady i nasz wpływ na to, co dzieje się w tym kraju maleje. To boli. Ilu mamy przedstawicieli w Senacie, Izbie Gmin, parlamentach poszczególnych prowincji? Jak silne jest polskie lobby? Co piąty mieszkaniec Mississaugi jest Polakiem. Ilu mamy radnych? Żadnego. Jak wygląda to w porównaniu z sytuacją sprzed kilku lat - nad wyraz mizernie. Przesympatyczna posłanka chwaląca się polskim pochodzeniem nie jest w stanie wymówić nazwiska swoich przodków. Do jakiego stopnia się z nami identyfikuje? Czy potrafi reprezentować nasze interesy, przedstawiać nasze potrzeby, wyrażać nasze opinie, czy też liczy tylko na nasze głosy? Jak często dochodzi do żenujących sytuacji gdy włączamy instytucje kanadyjskie czy lokalną prasę do rozwiązywania naszych własnych "podwórkowych" problemów. Jak często się z nas śmieją? Są to trudne pytania, ale uważam, że należy je postawić po to, aby na nie odpowiedzieć i wyciągnąć wnioski.

Nasze nieformalne dyskusje, o których wspomniałem powyżej, ujawniają wiele poglądów - od rewolucyjnych do zachowawczych. Padają też propozycje zmian - od kosmetycznych do fundamentalnych. Wydaje się, że znakomita większość naszych aktywnych członków uważa, że należy zmodyfikować formułę naszego działania. Nie rewolucyjnie - nie lubimy tego, raczej ewolucyjnie. Jest to również mój pogląd. Odczuwa się też pragnienie do większego otwarcia się na środowiska angielskojęzyczne, na wyjście z tzw. "polskiego getta". Jako obecny prezes tej organizacji uważam za swój obowiązek sformalizowanie tej dyskusji. Powinno ono nastąpić już niedługo, najlepiej podczas zbliżającego się jesiennego "zjazdu prezesów" naszego Stowarzyszenia. Wierzę, że na pozytywne rezultaty nie będziemy długo czekać.

Zależy nam bardzo, aby Stowarzyszenie było nadal organizacją żywą, aktywną, rozwijającą się i cieszyło się autorytetem nie tylko wśród Polonii. Chcemy zrzeszać profesjonalistów, ludzi aktywnych, którzy będą uczestniczyć w dalszym rozwoju naszej organizacji. Jak będzie - czas pokaże.

Andrzej Drzewiecki

Początek strony