![]() |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||
BIULETYN - LUTY 2004SPIS TREŚCI | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||
CZY BEZPIECZNIE JEST LATAĆ SAMOLOTAMI?Pogadanka wygłoszona na zebraniu SIP w dniu 18 listopada 2003 r. Definicja bezpieczeństwa: Bezpieczny samolot to taki, w którym możliwość wystąpienia awarii wiodącej do poważnego wypadku jest nieskończenie mała. Zasada bezpieczeństwa samolotu: Pojedyncza awaria nie powinna spowodować poważnego wypadku. Zgodnie z podanymi definicjami dopuszczenie samolotu do przewozu pasażerów poprzedza dogłębna analiza wszystkich możliwych sytuacji oraz niezliczona ilość testów. Lotnictwo liczy sobie 100 lat, bo właśnie 17 grudnia roku 1903, pierwszy samolot zniósł się w powietrze. Od tego czasu datuje się żywiołowy rozwój lotnictwa, którego przełomową datą w lotnictwie pasażerskim jest rok 1969 kiedy to wprowadzono do eksploatacji pierwszy Boening 747, czyli popularny Jumbo-Jet. Od tamtego czasu datuje się gwałtowny rozwój przewozów lotniczych przez Atlantyk. Podróże statkiem z Europy do Ameryki, które trwały dwa tygodnie, skróciły się do kilku godzin. Podobnie jak przy każdym żywiołowym rozwoju, tak i ten był podatny na wszelkiego rodzaju uchybienia, które kończyły się wypadkami lotniczymi. Atrakcyjność podróży lotniczej połączona z masową skalą tego zjawiska spowodowała to, że każdy wypadek lotniczy był wtedy największą sensacją dnia. Z tego właśnie okresu pochodzi najwięcej opinii i przesądów związanych z lataniem samolotami. Trzeba sobie jednak uświadomić, że od wczesnych lat sześćdziesiątych upłynęło już czterdzieści lat i w tym czasie dokonywał się bardzo szybki rozwój techniki lotniczej. W chwili obecnej rozwój ten jest na takim poziomie, że wypadki lotnicze są prawdziwą rzadkością. Od lat sześćdziesiątych zmieniły się wymagania dotyczące bezpieczeństwa samolotów, szkolenia pilotów, kierowania ruchem lotniczym i tego wszystkiego, co miało wpływ na bezpieczeństwo lotów. Wiedząc, ze każdy wypadek może prowadzić do tragicznych skutków, włożono wiele wysiłku w ich zapobieganie. Obecnie produkowane samoloty są tak konstruowane, by możliwość wypadku była prawie niemożliwa. Konstruktorzy samolotu mają dwa zadania:
Dodatkowo, dla pełnego komfortu, niektóre zespoły są podwójne, a nawet potrójne, co umożliwia kontrolę samolotu w razie kilku nawet awarii na raz. Szkolenie pilotów nie odbywa się wyłącznie na samolotach. Obecnie szkolenia robi się na symulatorach lotu. Symulator lotu składa się z prawdziwej kabiny samolotu umieszczonej na hydraulicznych podporach i bardzo dużego zaplecza komputerowego. Pilot siedzący w kabinie ma złudzenie, że siedzi w kabinie prawdziwego samolotu. Nawet za oknem ma widok dokładnie taki, jaki miałby w danej chwili lotu. W takim symulatorze można polecieć do Londynu, Berlina czy Warszawy. W szybach kabiny widać nie tylko lotnisko, ale też oryginalne fragmenty miasta. Loty takie są z reguły bardzo uciążliwe, bo co rusz pilotowi zdarzają się awarie, na które musi prawidłowo reagować. Tak więc przy starcie ma awarię jednego z silników, potem kłopoty z utrzymaniem ciśnienia w kabinie, awarię pompy podającej paliwo, i temu podobne przygody. Opanowanie sterowania samolotem w takim symulatorze pozwala później na trening na prawdziwym samolocie. Korzyści treningu w symulatorze są niewymierne. Po pierwsze, podczas treningu piloci nie rozbijają maszyn, po drugie, zawsze wychodzą cało z każdego wypadku, jeżeli im się zdarzy. Urządzenia do takiego treningu są produkowane między innymi w Montrealu. Jeżeli chodzi o pasażerów i zalecenia w czasie podróży, to trzeba pamiętać o następujących rzeczach:
Z sali zadano kilka pytań:
Bogdan Gajewski |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||
NA SZARYM KOŃCUNowoczesne technologie. Zbyt małe nakłady na badania naukowe i wynalazki. W polskiej gospodarce wciąż przeważają tradycyjne technologie przemysłowe i w większości dziedzin trudno mówić o nowoczesności. Tymczasem największe szanse na szybki rozwój mają gospodarki stosujące na dużą skalę najnowsze technologie, wykorzystujące w praktyce odkrycia naukowe i wynalazki. W Polsce wydaje się na ten cel niewiele pieniędzy, dotując jednocześnie nierentowne dziedziny starej gospodarki. Również przedsiębiorstwa niewiele inwestują w działalność badawczo-rozwojową. W efekcie innowacyjne firmy stanowią margines przedsiębiorczości, choć nie brakuje interesujących przykładów ich działania. Jedynie nieco ponad 4% wyrobów krajowego przemysłu to produkty tzw. wysokiej techniki - przemysłu lotniczego, informatycznego i telekomunikacyjnego, farmaceutycznego. Mimo znacznego potencjału naukowego - corocznie w Polsce zgłasza się do finansowania ok. 10 tys. projektów badawczych, a dofinansowuje 4 tys. - niewiele rezultatów tych prac jest wykorzystywanych. Polska i jej gospodarka jest pod względem innowacyjności na szarym końcu wśród krajów OECD. W rankingu Światowego Forum Gospodarczego, obejmującego 82 kraje sklasyfikowane pod względem dostępu do najnowszych technologii, znaleźliśmy się na 39 miejscu, za większością państw Europy Środkowowschodniej. Za mało pieniędzy Z przeprowadzonych niedawno badań Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych (CASE) wynika, że pod względem wydatków na badania i rozwój (B+R) Polska znacznie odbiega nie tylko od państw rozwiniętych, ale też od krajów Europy Środkowowschodniej. W 2001 r. w naszym kraju wydatki na B+R stanowiły zaledwie 0,65% PKB, podczas gdy w krajach OECD średnio na ten cel przeznaczano trzykrotnie więcej pieniędzy (1,88% PKB), a w państwach Unii Europejskiej prawie czterokrotnie więcej (2,24% PKB). W Czechach wydatki te były dwukrotnie wyższe niż w Polsce. W 2002 r. sytuacja nie uległa poprawie. Niekorzystna jest także w naszym kraju struktura finansowania wydatków na badania i rozwój oraz tendencje w tym zakresie. Udział przemysłu w finansowaniu działalności B+R wyniósł w 2001 r. zaledwie 0,15% PKB, podczas gdy jeszcze w 1995 r. wynosił 0,28% PKB. Większość nakładów na nowoczesne technologie finansowana jest z budżetu państwa, podczas gdy w krajach rozwiniętych proporcje są odwrotne. Do wyjątków należą w Polsce firmy prowadzące prace badawczo-rozwojowe i wprowadzające innowacje. Nieliczne są również przykłady firm innowacyjnych, które z niewielkich zakładów rozwinęły się w duże przedsiębiorstwa. Mało chętnych do zakładania firm Deklaracji wspierania przedsiębiorczości oraz innowacyjności m.in. przez urzędy państwowe i różnego rodzaju organizacje przybywa. Jednak przedsiębiorcy nadal twierdzą, że środki na innowacyjność bardzo trudno uzyskać, zaś ci, którzy dysponują kapitałem, są zdania, że brakuje odpowiednich projektów, w które można by zainwestować. Jedną z instytucji powołanych do rozwiązania tych problemów ma być utworzone przez ministra gospodarki Centrum Innowacji FIRE, którego działalność dotyczy najtrudniejszej i najbardziej ryzykownej fazy tworzenia firm - znalezienia finansowania po zakończeniu prac badawczych nad nową technologią lub produktem. FIRE zaczęło współpracę z potencjalnymi założycielami firm innowacyjnych ponad rok temu. - Zasypani zostaliśmy projektami, które z reguły nie nadawały się do wdrożenia i które najczęściej próbowano sprzedać, a nie samemu wykorzystać - mówi wiceprezes Centrum, Karol Lityński. Spośród ponad 200 przeanalizowanych wniosków, wybrane zostały 3, nad którymi prowadzone są prace. Dotychczasowa działalność FIRE wskazuje, że - dodaje Lityński - nie ma pędu do zakładania firm, że istnieją duże obawy przed działalnością na własną rękę. Na tle międzynarodowej konkurencji Opinie o niedostatku obiecujących projektów - formułowane przez inwestorów - kontrastują z osiągnięciami, i to potwierdzonymi w międzynarodowej konkurencji, jakie mają na swym koncie niektóre polskie firmy. W ostatnim rankingu Fast 50 opublikowanym przez Deloitte & Touche, klasyfikującym najszybciej rozwijające się firmy technologiczne w Europie Środkowej, polskie przedsiębiorstwa są bardzo widoczne. Pierwsze miejsce w kategorii Rising Stars uzyskała Hoga.pl, która wykazała się ponad 1700% dynamiką przychodów. W swej trzyletniej działalności przeszła ewolucję od portalu do integratora internetowego i producenta oprogramowania dla przedsiębiorstw. Na 9 pozycji w rankingu znalazła się warszawska spółka ZigZag, oferująca rozwiązania internetowe, której sprzedaż w ubiegłych kilku latach wzrosła o 926%. Warszawska Infovide zajęła 25 lokatę. Zanotowała w latach 2000 - 2002 wzrost przychodów o 273% z usług doradczych i wdrożeń w takich dziedzinach jak usługi mobilne i e-government. Zdobyć można każdy rynek Okazuje się, że dysponując nowoczesnymi produktami można zdobyć nawet najtrudniejsze rynki. - Profesjonalistów nie zraża, że nasz produkt powstaje w Polsce - twierdzi dr Małgorzata Celuch, wiceprezes warszawskiej firmy QWED. O spółce stało się głośno trzy lata temu, gdy okazało się, że z jej symulatora elektromagnetycznego Quick Wave korzystają m.in. słynne Jet Propulsion Laboratory (największe laboratorium finansowane przez amerykańską agencję badań kosmicznych NASA) i National Radio Astronomy Observatory znane z jednego z największych w świecie radioteleskopu Green Bank, którego elementy były projektowane przy wykorzystaniu polskiego symulatora. Obecnie produkty warszawskiej spółki trafiają do klientów w 22 krajach i są stosowane m.in. przez producentów telefonów komórkowych i kuchni mikrofalowych. Prof. Wojciech Gwarek i troje doktorów z Politechniki Warszawskiej, którzy w 1997 r. utworzyli spółkę, nadal dzielą swój czas między uczelnię i pracę dla firmy. Działają w niszowym rynku, który ma wartość ok. kilkudziesięciu mln dolarów rocznie, ale liczą się na nim, jakkolwiek ich roczne przychody kształtują się na poziomie 1,5 mln zł. Sprzedają symulatory, uzyskują także wpływy z licencji, a ostatnio w coraz większym zakresie świadczą usługi konsultingowe. - Wytwarzamy i eksportujemy technologię, czyli to, co się liczy w gospodarce. Takich niewielkich firm technologicznych powinno być w Polsce znacznie więcej, wówczas - w ocenie prof. Wojciecha Gwarka, prezesa QWED - rzeczywistość ekonomiczna wyglądałaby inaczej. Krajowych, ale wymagających klientów zdobył Wind Telecom z Bielska-Białej. Należą do nich m.in. Polkomtel i Polska Telefonia Cyfrowa, operatorzy sieci komórkowych Plus GSM i Era; Millenium Bank, Orlen, zakłady energetyczne, a także Komenda Główna Policji. Powstała w 1998 r. jest jedyną polską firmą, która oferuje własnego autorstwa rozwiązania, tzw. call/contact center, umożliwiające firmom telekomunikacyjną obsługę klientów, wspomaganie marketingu i sprzedaży, prowadzenie programów lojalnościowych itp. Jej założyciele zaczynali inwestując własny kapitał. - Dopiero później, gdy na koncie firmy były nowe produkty i obiecujące projekty, pojawił się - mówi Tomasz Kiser, szefujący działem marketingu - kapitał od funduszy inwestycyjnych ABN Amro Renaissance Capital, European Renaissance Capital II. - Przewidujemy, że nasze przychody za 2003 r. sięgną 11-12 mln zł. Nasze plany to coroczne zwiększanie przychodów o ok. 30% - dodał Kiser. Z kosmosu na ziemię W 52 krajach, w tym w USA, patenty na swoją metodę rehabilitacji wykorzystującą m.in. odpowiednio zaadaptowane kombinezony kosmiczne Adeli posiada polsko-rosyjska spółka Euromed, działająca w Mielnie. Rocznie z usług centrum rehabilitacji korzysta ok. 450 osób - dotkniętych porażeniem mózgowym oraz innymi zaburzeniami neurologicznymi z wielu krajów. Rezultaty, jakie uzyskuje w rehabilitacji Euromed, sprawiły, że metoda będąca efektem wieloletnich badań m.in. rosyjskich specjalistów medycyny kosmicznej, stała się podstawą funkcjonowania spółki zatrudniającej 90 specjalistów. - Okazało się, że można było przenieść na grunt praktyczny wiedzę z badań kosmicznych. Uzupełniliśmy technologię rosyjską o intensywny program rehabilitacji i stąd nasze efekty - powiedział nam Ryszard Kowalczyk, szef Euromedu. Roman Przasnyski |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||
BEZ KONKURENCJI ANI RUSZNiewielka firma z Warszawy produkuje unikatowe, w skali światowej, urządzenia high-tech Własną firmę założyliśmy z desperacji - wyjaśnia Mirosław Grudzień wiceprezes spółki Vigo SA, która wytwarza detektory podczerwieni według pomysłu prof. Józefa Piotrowskiego. Postęp techniczny dokonuje się dziś głównie w zatrudniających setki specjalistów ośrodkach badawczych wielkich korporacji. Dla indywidualistów chodzących własnymi drogami zostaje coraz mniej miejsca. Ale w dziedzinie architektury detektorów podczerwieni mało kto na świecie jest w stanie dorównać wyobraźnią prof. Józefowi Piotrowskiemu z warszawskiej firmy Vigo System SA. Zdaniem jego wspólników profesor ma do techniki podejście renesansowe. - Czasem wydaje mi się, że sam składa się z detektorów - przyznaje wiceprezes, dr Mirosław Grudzień. Ćwierć wieku temu prof. Piotrowski, wówczas pracownik naukowy WAT doszedł do przekonania, że detektory podczerwieni mogą działać bez chłodzenia. Tezę tę potwierdziły badania. Była to według ówczesnych poglądów herezja. Na świecie uważano, że naukowcy z Instytutu Fizyki Plazmy WAT po prostu się pomylili. Do dziś zresztą najpowszechniej używane detektory podczerwieni wymagają chłodzenia ciekłym azotem, co zwiększa rozmiary urządzeń i komplikuje obsługę, a nawet czyni ją niebezpieczną. Na rozwijanie idei prof. Piotrowskiego z myślą o jej praktycznym zastosowaniu zdecydowali się nieliczni. Oprócz Vigo System na świecie istnieją zaledwie dwie inne firmy produkujące detektory, których nie trzeba chłodzić. Nieduża, zatrudniająca 50 osób prywatna spółka jest jednym z niewielu w Polsce przedsiębiorstw wykorzystujących własne, nowatorskie na skalę światową rozwiązania high-tech. Na ich rozwój firma wydaje ok. 30% przychodów. - Konkurenci z Japonii i Stanów Zjednoczonych starają się nas dogonić, ale jakoś im to nie wychodzi - podkreśla dr Grudzień - dziedzina, którą się zajmujemy, podobnie jak rynek na nasze produkty, to nadal tylko nisza. Wynika to m. in. z faktu, że nasze detektory mają nieco gorsze parametry niż te, które trzeba chłodzić. Ale istnieje wiele zastosowań, w których bardziej liczy się niższa cena i prostota niż doskonałość. - Nie stosujemy kosztownych, wyrafinowanych technologii. Nasze osiągnięcia opierają się na pomysłowym wykorzystywaniu właściwości materiałów półprzewodnikowych - wyjaśnia prof. Piotrowski. Daleko przed szeregiem W czasach, gdy w WAT powstawały pierwsze detektory nowego typu, w Polsce nie było żadnych możliwości ich praktycznego zastosowania. Pewna szansa na ich skomercjalizowanie pojawiła się z chwilą, gdy zainteresował się nimi amerykański dystrybutor. Handel w sztywnych państwowych ramach, rozwijał się jednak opornie, a perspektywa uruchomienia produkcji nowych detektorów na skalę przemysłową stawała się coraz mniej realna. - Zdawaliśmy sobie sprawę, że nasza koncepcja wyprzedza epokę. Jednocześnie widzieliśmy, że możliwości jej wdrożenia nikogo właściwie na uczelni nie obchodzą. Mogliśmy dalej prowadzić badania, pisać publikacje i patrzeć, jak pokrywa je kurz. W końcu, z desperacji, założyliśmy własną firmę - wyjaśnia Mirosław Grudzień. Doktor Grudzień, podobnie jak inny z założycieli spółki, obecny prezes Andrzej Nowak byli wówczas, w1987 r., nie tylko naukowcami, ale także zawodowymi oficerami. Wprawdzie przepisy nie zakazywały podejmowania przez wojskowych działalności gospodarczej, ale można było je tak interpretować. Dla przełożonych perspektywa zagnieżdżenia się w WAT prywatnej inicjatywy, przyczółka kapitalizmu w łonie ludowego wojska, była czymś nie do przyjęcia. Ostatecznie początkujący przedsiębiorcy opuścili szeregi armii. - Gdybym dzisiaj z tym wystąpił, dowódca z uśmiechem życzyłby mi powodzenia. Wtedy groził nam zielony garnizon. Prawnicy ledwo nas wybronili - wspomina Grudzień - ale to był dopiero początek. Nasze doświadczenia ograniczały się do pracy na uczelni i wojska. Przeszliśmy twardą szkołę życia i gospodarki rynkowej. Wspólnicy zaryzykowali nie tylko wojskową karierę. Zdecydowali się postawić na jedną kartę dorobek całego życia. Kapitał założycielski spółki, wniesiony przez paru udziałowców, stanowił równowartość stu średnich krajowych pensji. W domu Grudniów zapanowała ciężka atmosfera. - Jeśli to przepadnie, nie będziemy mieli na chleb - ostrzegała żona. Wspólnicy wiedzieli jednak, że mają w ręku mocne atuty. Produkt dobry, ale.... Bez detektorów podczerwieni trudno sobie wyobrazić współczesną technikę, zwłaszcza wojskową, medyczną i związaną z ochroną środowiska. Mogą one służyć zarówno do laserowego borowania w zębach, jak naprowadzania na cel inteligentnych pocisków. Dzięki detektorom powstały urządzenia pozwalające analizować na odległość skład chemiczny dymu z fabrycznego komina, a także takie, które umożliwiają stworzenie termicznego obrazu budynku i zbadanie przyczyny strat ciepła. Podczerwień umożliwia "widzenie" i niezawodną łączność w ciemnościach, dymie czy chmurach pyłu. Jedno z najbardziej spektakularnych wojskowych zastosowań detektorów to wykorzystanie ich do ostrzegania potencjalnych celów np. samolotów o "namierzaniu" ich przez przeciwnika. Choć technika podczerwieni związana jest niejako naturalnie z wojskiem, współpraca spółki z polskim przemysłem obronnym stanowi tylko niewiele znaczącą część obrotów Vigo System. Po kilkunastu latach producenci detektora bez chłodzenia nadal znacznie wyprzedzają borykające się z brakiem środków na rozwój krajowymi fabrykami zbrojeniowymi. Niemal całość produkcji sprzedawana jest do krajów najwyżej rozwiniętych, zwłaszcza Stanów Zjednoczonych, Japonii i Francji. Jednak i tam, wbrew oczekiwaniom, popyt jest dość ograniczony. Amerykański kontrahent wyjaśnił wspólnikom, dlaczego tak się dzieje: "sprzedaż mogłaby być o wiele większa, gdybyście mieli przynajmniej jednego prawdziwego konkurenta". Przyczyna tego paradoksu jest całkiem prosta. Sam detektor kosztuje od tysiąca do paru tysięcy dolarów, ale cena urządzenia, w którym się go wykorzystuje jest z reguły wielokrotnie wyższa. Nikt nie zainwestuje ogromnych pieniędzy na opracowanie i wprowadzenie do produkcji na większą skalę wyrobu, którego główny element produkuje tylko jedna firma w świecie. I to w kraju, którego gospodarka i możliwości w dziedzinie high-tech nie budzą nadal zaufania. Niewiele zmieniło tu nawet wyróżnienie, przyznane w 1996 roku Vigo System przez czołowe pismo poświęcone optoelektronice, amerykański "Photonics Spectra", choć po raz pierwszy uhonorowano w ten sposób firmę z siedzibą na wschód od Łaby. Między rzemiosłem a nauką Założycielom "Vigo System", wbrew najczarniejszym obawom rodzin, nigdy nie zabrakło pieniędzy na chleb. Nie zdarzyło się dotychczas, by firmie groziła utrata płynności finansowej. Ale osiągnięcia w zakresie high-tech nie przełożyły się na równie spektakularny sukces finansowy. Wartość sprzedaży spółki utrzymuje się od paru lat na podobnym poziomie, paru milionów dolarów rocznie. Produkcja ma nadal pod wieloma względami charakter rzemieślniczy i związany z indywidualnymi potrzebami klientów. Wymaga to nieustannej pracy nad rozwijaniem produktów, zwłaszcza, że żyją one tylko 1 - 2 lata. Niektórym z pracowników firmy ten stan rzeczy jednak bardzo odpowiada. Prace rozwojowe mają często charakter naukowy i umożliwiają kontynuowanie dawnych badawczych pasji. Pod względem kadry i potencjału naukowego firma dorównuje niejednemu instytutowi zajmującemu się rozwijaniem techniki. Sam profesor Piotrowski napisał, już jako dyrektor firmy ds. rozwoju, kilka książek i kilkadziesiąt artykułów. Dwa miesiące temu w Vigo System uruchomiono zakupione w USA za milion dolarów nowe urządzenia do wytwarzania "cienkowarstwowych" struktur półprzewodnikowych. Jest to obecnie najnowocześniejsze tego rodzaju laboratorium na świecie, umożliwiające zarówno opracowanie kolejnych generacji detektorów jak i zwiększenie ich produkcji, nawet dziesięciokrotne. Takich ilości swych produktów firma nie była by w stanie rzecz jasna sprzedać. Dlatego pozyskano wspólnika, czyli WAT, która wyłożyła 40 proc. ceny laboratorium. Ale i tak inwestycja była zbyt kosztowna, by firma mogła swoją jej część sfinansować z własnych środków. Z pomocą przyszła Agencja Techniki i Technologii, która zdecydowała się wyasygnować milion złotych z sum przeznaczonych na wspieranie przedsiębiorstw wdrażających nowe technologie. Pieniądze państwowe na ten cel były i są tylko kroplą w morzu potrzeb. Niemniej pomoc ATT - po likwidacji agencji jej zadania w tym zakresie przejęła Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości - umożliwiła grupie niewielkich prywatnych przedsiębiorstw rozwijanie własnych pomysłów, niekiedy zaliczających się do osiągnięć high-tech na miarę światową. Niektóre z nich nazywa się dziś "perełkami polskiego przemysłu". - To chodzi tylko o pożyczkę na preferencyjnych warunkach. Ale ważne jest, że ją w ogóle dostaliśmy. Bo dla banków nasze urządzenia mają, jako zabezpieczenie, cenę złomu - wyjaśnia Mirosław Grudzień. GRZEGORZ ŁYŚ |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||
MŁODZI NAUKOWCY BADAJĄ NIEBO I MRÓWKIPięciu Polaków w europejskim konkursie Na XVI Konkursie Prac Młodych Naukowców Unii Europejskiej we wrześniu w Dublinie Polskę reprezentować będą trzy prace. Na polskie eliminacje wpłynęło 46 prac z astronomii, biologii, chemii, ekologii, fizyki, informatyki, matematyki, medycyny, nauk społecznych i techniki. - Mieliśmy trudne zadanie, bo wszystkie prace były na bardzo wysokim poziomie - powiedział przewodniczący jury prof. Jan Madey z Uniwersytetu Warszawskiego. Z szesnastu prac zakwalifikowanych do polskiego finału aż pięć znalazło się na pierwszym miejscu. Trzej uczniowie z Łodzi: Marek Cieślar, Jacek Czyżewski i Jakub Pietrzak, zbudowali prototyp robota, który będzie badał niebo. - Już wypróbowaliśmy naszego robota w obserwatorium astronomicznym, był środek nocy, wiał wiatr, a urządzenie ani drgnęło - wspomina Jakub Pietrzak. Kolejny zwycięzca Artur Lewandowski jest już na pierwszym roku Akademii Medycznej. W ubiegłym roku przygotowywał się do olimpiady biologicznej i postanowił sprawdzić, jak zachowują się mrówki w labiryncie, czy potrafią nauczyć się drogi. Najpierw każda mrówka przechodziła przez labirynt kilka razy. Potem Artur wpuszczał do labiryntu grupy mrówek, z których tylko jedna już znała trasę. - Chodziło o to, by się przekonać, czy potrafią one pokazać drogę innym - wyjaśnia Artur. - Spędziłem z mrówkami na tych badaniach ponad trzy miesiące w lesie i w domu; cała rodzina mi pomagała. Natomiast Marcel Kołodziejczyk, uczeń I LO im. Mikołaja Kopernika z Łodzi, napisał pracę "Waga szalkowa i uogólniony problem fałszywej monety". To teoretyczne rozważania o wykorzystaniu wagi szalkowej do odkrycia, która moneta z matematycznego zbioru jest fałszywa. Wśród innych prac, jakie zakwalifikowano do finału, był też np. termometr wolframowy do mierzenia wysokiej temperatury i praca o zastosowaniu hormonów roślinnych do produkcji pomidorów. Zgodnie z regulaminem w polskich eliminacjach mogły uczestniczyć tylko prace nagrodzone poprzednio w konkursach ogólnopolskich lub polecone przez pracowników naukowych. Eliminacje organizuje Krajowy Fundusz na rzecz Dzieci, a w jury zasiadają profesorowie PAN, Uniwersytetu Warszawskiego i Politechniki Warszawskiej. A.P. |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||
NAJLEPSZE Z NAJLEPSZYCHByły dyplomy i nagrody, a dyrektorzy wyróżnionych szkół z całej Polski z dumą przedstawili swoich nauczycieli i uczniów - zwycięzców olimpiad przedmiotowych. To właśnie sukcesy uczniów zdecydowały o pozycji szkół w ogólnopolskim rankingu "Rzeczpospolitej" i "Perspektyw". Pierwsze miejsce w rankingu na najlepszą szkołę średnią zajęło szczecińskie XIII LO. Na drugim miejscu znalazło się I LO im. Mikołaja Kopernika z Łodzi (zwycięzca sprzed dwóch lat), a na trzecim - XIV LO im. Polonii Belgijskiej z Wrocławia (ubiegłoroczny lider). W warszawskiej Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego uroczyście ogłoszono wyniki tego konkursu. Byli uczniowie, nauczyciele, dyrektorzy wyróżnionych szkół, a także przedstawiciele władz oświatowych i samorządowych, rektorzy wyższych uczelni i ministrowie. W sumie na liście rankingowej znalazły się 343 szkoły. A to oznacza, że w każdej z nich w ubiegłym roku szkolnym było co najmniej dwóch laureatów lub finalistów 27 olimpiad przedmiotowych. To było minimum wymagań, które należało spełnić, by znaleźć się w rankingu. - W Polsce jest ponad cztery tysiące szkół średnich, znalezienie się szkoły na naszej liście rankingowej to sukces, wszystkie 343 szkoły z tej listy to szkoły z sukcesem - powiedział prof. Marek Rocki, rektor SGH i przewodniczący kapituły rankingu. - Cieszę się, że mogę wziąć udział w tym święcie polskiej edukacji, jakim jest ogłoszenie wyników rankingu. Potrzebne są nam dobre przykłady i dobre wzorce, a wy jesteście takimi przykładami - podkreślił minister rolnictwa Wojciech Olejniczak, który przekazał nagrody - sprzęt komputerowy dla dwóch zespołów szkół rolniczych: w Rudce (129. miejsce w rankingu) i Rzemieniu (164. miejsce). Nagrodę specjalną ministra edukacji dla najlepszej szkoły w miejscowości do 5 tysięcy mieszkańców - wyposażenie pracowni komputerowej - otrzymał Zespół Szkół Rolniczych im. Stefanii Karpowicz w Krzyżewie (Podlaskie), który ulokował się na 119. miejscu. Dyplomy odebrali też dyrektorzy szkół - zwycięzców rankingów wojewódzkich i wreszcie fanfary zabrzmiały dla złotej dziesiątki - liceów będących czołówką listy. Są to szkoły ze Szczecina, Łodzi, Wrocławia, Gdyni, Krakowa, Radomia, Torunia i trzy licea ogólnokształcące z Warszawy. - Jesteśmy szkołą otwartą na wszystkich mądrych ludzi, zapraszamy uczniów z całej Polski - powiedział Wiesław Kosakowski, dyrektor III LO im. Marynarki Wojennej z Gdyni, które zajęło 4. miejsce w rankingu. Przy jego szkole działa gimnazjum, którego uczniowie już zdobyli olimpijskie laury, chociaż zazwyczaj w olimpiadach przedmiotowych startują uczniowie liceów. - Już szósty raz staję na tym podium i chyba ostatni raz w tej roli - mówił wyraźnie wzruszony Aleksander Dobrzycki, nauczyciel z ponad czterdziestoletnim stażem, dyrektor XIV LO im. Polonii Belgijskiej z Wrocławia, zdobywcy trzeciego miejsca. Dyrektor Dobrzycki podkreślił, że kryteria stosowane w rankingu są rzetelne i obiektywne, co pozwala wyróżnić rzeczywiście najlepsze szkoły. Cezary Urban, dyrektor zwycięskiego XIII LO ze Szczecina, podziękował w imieniu swoim i wielu dyrektorów dr Danucie Nakonecznej, założycielce i kierownikowi naukowemu Towarzystwa Szkół Twórczych. - W pierwszej pięćdziesiątce rankingu jest co najmniej trzydzieści szkół należących do tego towarzystwa - podkreślił. Anna Paciorek |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||
WIEŚCI Z KRAJU
|
||||||||||||||||||||||||||||||||||||
IMPREZY, OGŁOSZENIA***Stowarzyszenie Inżynierów Polskich w Kanadzie, Oddział Ottawazaprasza na pogadankę dra Łukasza Pietrzaka Genetycznie modyfikowane rośliny - zbawienie czy zarazaData: 17 luty (wtorek) 2004 r. ***SPK Koło Nr 8zaprasza na na pokaz filmu LEGIONY : WALKA O NIEPODLEGŁOŚĆData: 3 lutego (wtorek) 2004 r. Po programie Koło Pań przy SPK zaprasza na kawę i ciastka. ***SPK Koło Nr 8zaprasza na pokaz filmu "Jubileusz Hanki Bielickiej"Data: 19 luty (czwartek) 2004 r. *** |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
||||||||||||||||||||||||||||||||||||