![]() |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||
BIULETYN - KWIECIEN 2004SPIS TRESCI | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||
CZY W POLSCE MOZNA ZROBIC KARIERE NAUKOWA?Establishment jest w nauce potrzebny, ale trzeba zadbac o jego jakosc. Habilitacja jest nieodzowna, bo broni przed bylejakoscia. A o pieniadze dla siebie czesto nie potrafia zadbac nawet sami naukowcy. Chcialbym wlaczyc sie w te dyskusje z nietypowej pozycji - jako samokrytyczny przedstawiciel kadry naukowej, ktora desperacko broni sie przed stawianymi przez mlodziez zarzutami. Oczywiscie, choc wina lezy, jak zwykle, po obu stronach, to my jestesmy bardziej odpowiedzialni za obecny stan i bez naszego udzialu jeszcze dlugo on sie nie zmieni. Czy "establishment rzadzi"? Rzadzi, bo taka jest istota istnienia establishmentu. Chyba we wszystkich dziedzinach zycia wiele waznych decyzji skupionych jest w rekach waskiego grona ludzi. W nauce, gdzie rownie wazna jak wrodzone zdolnosci jest tez akumulacja wiedzy, miejsce w establishmencie zdobywa sie wraz z uplywem czasu. Wyjatki od tej reguly sa rzadkie nie tylko w Polsce. Establishment w nauce istnieje i bedzie istnial, bo w nauce nie ma sprawiedliwosci. W nauce nie ma miejsca na uzalanie sie ani na pelne wspolczucia pochylanie sie nad problemami tych, ktorzy nie nadazaja. Prawo funkcjonowania w nauce powinni miec tylko najlepsi, ktorych naturalne zdolnosci predestynuja do pokonywania kolejnych przeszkod. Nie ma racji bytu nauka byle jaka, nauka srednich lotow ani nauka uprawiana przez pracowitych nieudacznikow. Nic nie usprawiedliwia tu akceptacji lenistwa i przecietniactwa - bez wzgledu na literki stawiane przed nazwiskiem. Jezeli nauka ma z definicji charakter elitarny, to jej establishment powinien byc elita elity. Czy rzeczywiscie do naukowego establishmentu dostaja sie dzis najlepsi? Niestety, nie tylko. I znow nie jest to tylko polska specyfika, chociaz u nas pewnie zbyt wiele mozna osiagnac dzieki dobrym ukladom towarzyskim. Czy wyrzucic "habilitacje do kosza"? Jezeli nie zmienia sie warunki uprawiania nauki w Polsce, to na pewno nie. Kategorycznosc tej odpowiedzi nie wynika z mojego konserwatyzmu, czy samoobrony wygodnie usadowionego konsumenta przywilejow kastowych. Uwazam habilitacje za jedna z ostatnich barier, ktore bronia nasza nauke przed zalewem wzajemnie sie wspierajacej bylejakosci. Powolywanie sie na przyklady anglosaskie nie ma u nas sensu, bo sciezki kariery naukowej sa tam odmienne i kazdy naukowiec jest zmuszany w trakcie ich pokonywania poddac sie wielokrotnej selekcji przez nieznane sobie gremia. Przed dobrym absolwentem uczelni nowojorskiej pojawiaja sie perspektywy zdobycia stypendium doktorskiego, ale nie w tym samym miescie! Po obronieniu doktoratu w Kalifornii nie przyszloby mu nawet do glowy, aby starac sie o kontrakt naukowy na miejscu, lecz zglosi sie do konkursu w Michigan. Jezeli uzyska tam godzien uwagi dorobek, to stanie do walki o profesure na Florydzie. Jezeli bedzie wybitny, to moze uda mu sie uzyskac etat bezterminowy. Tam nie ma ani chwili na odprezenie sie, a wiekszosc kandydatow na naukowcow odpada z tego morderczego wyscigu. Natomiast u nas dobry absolwent Uniwersytetu Warszawskiego dostaje etat, stypendium doktorskie w swojej macierzystej uczelni. Jezeli w ciagu osmiu lat wymeczy doktorat, to automatycznie zostaje adiunktem w tym samym instytucie i ma kolejnych osiem lat na habilitacje, ktora pozwala mu objac etat profesorski (inaczej jest w PAN). Po kilku(nastu) nastepnych latach wystepuje o nadanie dozywotniego tytulu "belwederskiego". Im dluzej tkwi sie w takim ukladzie, tym wieksze opory ma zaprzyjaznione srodowisko przed "skrzywdzeniem" kolegi. W takim ukladzie zdominowanym przez stosunki towarzyskie wymog napisania kolejnych ksiazek, wykazania sie aktywnoscia naukowa i przejscia przez tryby egzaminacyjne stanowi przynajmniej namiastke kontroli jakosci. Mimo obnizania sie kryteriow sa to procedury publiczne i podlegajace tym wiekszej kontroli, im wyzszy jest stopien, o ktory sie walczy. Tylko to sprawia, ze istnieje selekcja, dzieki ktorej nie wszyscy magistrowie zostaja doktorami, nie wszyscy doktorzy robia habilitacje i nie wszyscy docenci uzyskuja tytuly profesorskie. Choc w naszych warunkach placowych trudno oczekiwac ciaglego wedrowania po kraju, to mozna poprawic kontrole jakosci. Jednym z pomyslow moglby byc wymog odbywania kolejnych przewodow w innym miescie. Co zrobic z "kontrola oldbojow"? To jedna z ciemniejszych stron polskiej nauki. Niedostatki kariery naukowej rekompensuje sie czesto kariera administracyjna. Oczywiscie chec siegania po stanowiska kierownicze sama w sobie nie jest naganna. Problem polega na tym, ze w Polsce objecie jakiegos "kierownictwa" uwazane jest za zdobycz osobista i dozywotnia - chyba ze pojawi sie szansa jeszcze lepszego awansu. Redaktorzy czasopism naukowych, kierownicy pracowni i zakladow oraz dyrektorzy instytutow jak lwy bronia raz zajetych pozycji. Wymog kadencyjnosci nie ma znaczenia, bo wybory sa z reguly fikcja wywolana kandydowaniem wciaz tych samych ludzi. Ich podwladni wybieraja ich ze strachu, z obawy przed zmianami, z wyrachowania lub tez dla swietego spokoju. Skoro odwolanie do przyzwoitosci nie dziala, pozostaje tylko wprowadzenie bezwzglednych mechanizmow wymuszania rotacji, np. zakazu kandydowania po raz trzeci z rzedu na to samo stanowisko. Tylko to uchroni nauke przed nieuchronnym skostnieniem i rutyniarstwem wynikajacym z ciagnacych sie przez dekady rzadow. Tylko to otworzy pole do dzialania zdolnej "mlodziezy" (po czterdziestce!), ktora nie moze zrealizowac swoich pomyslow (nie sa to pretensje osobiste, bo juz bylem i kierownikiem zakladu i wice-dyrektorem instytutu). U nas uwaza sie, ze kierownikiem musi byc profesor, bo ci "mlodzi" jeszcze nie dojrzeli do wziecia w swoje rece odpowiedzialnosci. Tymczasem profesor powinien pisac ksiazki, a nie wnioski o zaliczki i sprawozdania okresowe; profesor powinien kierowac doktoratami, a nie sprzataczkami i ksiegowymi; profesor powinien organizowac konferencje naukowe, a nie przetargi i zebrania sprawozdawcze. A swoja droga - uwazam, ze powinno sie zmniejszyc liczbe etatow profesorskich i obsadzac je konkursowo. Nie bez wplywu na te walke o stolki sa aspekty finansowe. Do wszystkich stanowisk kierowniczych przypisane sa bowiem atrakcyjne dodatki funkcyjne - nie do pogardzenia w sytuacji mizerii naszych pensji. Zastanawiam sie ilu podpierajacych sie dzis frazesami o misji naukowej kierownikow i dyrektorow chcialoby sie trudzic za symboliczne 10 zl? A moze by obnizac im dodatki o polowe z kazda kolejna kadencja? "Pieniadze to nie wszystko" Na pewno, ale bez pieniedzy niewiele sie zrobi. Wszyscy kolejni premierzy III Rzeczpospolitej sa odpowiedzialni za systematyczne obnizanie udzialu w PKB srodkow przeznaczanych na nauke. Wszyscy klamali, zapewniajac, ze nauka jest jednym z ich priorytetow, rownoczesnie zmniejszajac przeznaczane na nia naklady. Kilkakrotnie, acz bezskutecznie, wytykalem publicznie sposoby "oszukiwania" nauki przez tworcow budzetu panstwa. Do dzis niewiele sie chyba zmienilo, choc porzucilem juz jalowa egzegeze mechanizmow finansowania nauki. Przede wszystkim trzeba zerwac z fikcja uznawania za nauke wszystkiego, co ma w nazwie "instytut" lub jest "badawczo-rozwojowe". Wiele z tych placowek powinno sie raz na zawsze odciac od finansowania przez Ministerstwo Nauki, pozostawiajac im oczywiscie dostep do grantow. Czesc z nich powinny wziac na swoj calkowity garnuszek resorty MON, rolnictwa i gospodarki, a inne powinny utrzymywac sie ze stanowiacych ich racje bytu wdrozen. Niestety, obawiam sie, ze gdyby nawet komus udalo sie przeprowadzic takie rewolucyjne posuniecia, to nic by to w sytuacji nauki nie zmienilo. Zaoszczedzone srodki zostalyby bowiem natychmiast odprowadzone do budzetu centralnego. Sposobem na to byloby zamrozenie budzetu nauki przed podjeciem jego reformy. Teraz kamyczek do wlasnego ogrodka. Polscy naukowcy sa wyjatkowo bierni, jesli chodzi o zdobywanie srodkow na badania. Wiekszosc ogranicza sie do konsumowania zalosnie niskich pensji, ktorymi usprawiedliwiaja swoja inercje. Wnioskow o granty KBN jest stosunkowo niewiele, bo panuje niechec do podejmowania wysilku nie gwarantujacego sukcesu. Jeszcze bardziej wyrazny jest brak aktywnosci na rynku miedzynarodowym. Bedac czlonkiem jednego ze strasburskich komitetow przyznajacych spore sumy na wspolprace miedzynarodowa, stwierdzilem niemal calkowity brak wnioskow z Polski. Czasem trudno jest nawet znalezc chetnych do wlaczenia sie w programy juz uruchomione, ktorych koordynatorzy szukaja Polakow. Nieznajomosc jezykow, brak obycia miedzynarodowego, brak umiejetnosci pisania wnioskow - to niektore z przyczyn tej inercji. Wreszcie - brak jest wewnetrznej konkurencyjnosci. Kazdy dostaje swoja skromna pensje i jezeli czyms sie szczegolnie nie narazi, to moze spokojnie doczekac do emerytury. Tych, ktorzy nie zrobia doktoratu lub habilitacji, upycha sie czesto na stanowiskach administracyjnych i pomocniczych, gdzie wegetuja sfrustrowani. Profesor mianowany, bezpieczny w swojej nieusuwalnosci, moze niemal nic konkretnego nie robic, markujac jedynie dzialalnosc naukowa. Czy prezydent, ktory objal ostatnio patronat nad kolejnym komitetem przygotowujacym projekty ustaw o szkolnictwie wyzszym, pomoze? Watpie, bo ostatnio wyraznie stracil dynamike, biernie kontemplujac spadek swojej popularnosci. Ograniczenia konstytucyjne i niechec do konfliktu z ciagnacym go w dol rzadem nie pozwalaja na optymizm w tym wzgledzie. Ale kto nie probuje, ten nie wygrywa. Najwazniejsza jest wiec zmiana postawy czesci naukowego establishmentu nastawionego raczej na konsumpcje owocow z trudem osiagnietej pozycji niz na promowanie mlodych kadr, ktore nie dosc, ze smiesznie malo zarabiaja, to jeszcze nie widza jasnych perspektyw awansu. W tej sytuacji pocieszajace jest to, ze wciaz jest tylu mlodych ludzi, ktorzy wkraczaja na krete drogi kariery naukowej, ktora jest raczej powolaniem niz zwykla praca. Przemyslaw Urbanczyk Autor jest profesorem, pracownikiem Instytutu Archeologii i Etnologii PAN oraz Instytutu Historii Akademii Podlaskiej Gazeta Wyborcza 04-02-26 |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||
KRYZYS SIP-uOttawa, 12 grudnia 2003 Do Zarzadu Glownego SIP Chcialbym podzielic sie kilkoma uwagami na temat obecnej sytuacji czlonkostwa SIP w Ottawie. Krotko mowiac mamy powazny kryzys. Kryzys spowodowany nazwa naszego Stowarzyszenia i natura emigracji. Problem nazwy Stowarzyszenia: Obecna nazwa Stowarzyszenie Inzynierow Polskich jest w obecnej rzeczywistosci bardzo przestarzala. Byc moze miala sens w dziewietnastym wieku, ale te czasy juz minely bezpowrotnie. Inzynierow jest coraz mniej. Za to mamy wiecej informatykow, elektronikow i innych zawodow odzwierciedlajacych obecny rynek pracy. Ilosc mlodziezy polskiego pochodzenia o zainteresowaniach inzynierskich w starym tego slowa znaczeniu, chcacych przynalezec do SIP-u wynosi praktycznie zero. Podobnie jest z legalnymi imigrantami z Polski. W naszym ottawskim Oddziale wiekszosc czlonkow stanowia ludzie w wieku emerytalnym. Oni tez regularnie placa skladki. Pokolenie mlodsze, te do 60 roku zycia, nie wykazuje zadnego entuzjazmu z powodu przynalezenia do SIP-u. Jest wielu innych, wyksztalconych ludzi, ktorzy chcieliby gdzies przynalezec, ale oni nie kwalifikuja sie pod obecny szyld Inzynierow. Natura Emigracji: Obecna emigracja z Polski jest bardzo nikla, a inzynierow ze swieca szukac. Nie zanosi sie na przyplyw inzynierow z Polski. Nasi emeryci powoli wykruszaja sie. Nowych czlonkow nie przybywa. Wniosek: Poki nie jest za pozno, trzeba cos zrobic. Proponuje wiec, jezeli podobne spostrzezenia istnieja w innych Oddzialach SIP-u, by zmienic nazwe tak, by nowa organizacja mogla skupic wszystkich wyksztalconych ludzi, niekoniecznie inzynierow. Poza tym, mozna przy okazji podyskutowac nad profilem dzialalnosci. Wiekszosc spotkan inzynierow odbywa sie na gruncie towarzyskim, a nie zawodowym. Dzialalnosc Polonii jest tez bardziej towarzyska niz zawodowa. W Ottawie dyskutujemy nad mozliwoscia zmiany profilu organizacji. Chcielibysmy, by Zarzad Glowny powaznie rozwazyl mozliwosc zmiany profilu organizacji. Z powazaniem, |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||
POLSKI STYL BUDZI ZAINTERESOWANIENowe technologie Oracle Polska najbardziej wydajny Drugi raz z rzedu polski oddzial Oracle okazal sie najbardziej wydajny sposrod ok. 150 oddzialow jednego z glownych w swiecie producentow baz danych i oprogramowania dla przedsiebiorstw. W Polsce firma korzysta ze wspolpracy z lokalnymi partnerami (ma ich ponad 200) w wiekszym stopniu niz w innych krajach. Od ponad dwoch lat, zgodnie ze swa strategia, przekazuje tym partnerom sprzedaz uslug. Oracle Polska ma sposrod wszystkich oddzialow najwyzsza sprzedaz w przeliczeniu na zatrudnionego. Wiekszosc sprzedazy zarowno licencji (ponad 60%), jak i systemow do zarzadzania jest dzielem partnerow firmy. W Polsce Oracle zatrudnia ok. 130 pracownikow, ubiegloroczne obroty szacowane sa na 274 mln zl. Korporacja, ktora na calym swiecie notuje obroty ponad 9 mld USD, nie informuje o wynikach na lokalnych rynkach. - Nasza wydajnosc jest rezultatem modelu dzialania - powstrzymywania sie od konkurowania z partnerami. O ile np. na Wegrzech ok. 50% wdrozen wykonuje tamtejszy oddzial, o tyle w Polsce jest to tylko 15% - powiedzial "Rz" prezes firmy Pawel Piwowar. - Na tyle roznimy sie od innych oddzialow, ze wkrotce w Polsce odbedzie sie regionalne spotkanie partnerow Oracle, ktorzy maja sie zapoznac z modelem funkcjonowania firmy w naszym kraju. Dotychczasowa strategia firmy bedzie kontynuowana w tym roku. Oddzial nie przewiduje zwiekszenia zatrudnienia, bedzie pozyskiwal nowych partnerow. W ocenie firmy w Polsce jest ok. 270 specjalistow w dziedzinie produktow tej firmy, a potrzeby sa wieksze. Oracle Polska podwoil zespol wspolpracujacy z partnerami i przeksztalcil te grupe w osobny dzial. Firma ma w polskim rynku informatycznym wiekszy udzial niz Oracle w swiatowym, zarowno w dziedzinie baz danych (w swiecie jest to 34%, w Polsce 52%), jak i w dziedzinie aplikacji dla przedsiebiorstw (dwukrotnie wiekszy udzial). Partnerami Oracle w dziedzinie aplikacji sa m.in. Prokom, ComputerLand, Softbank, ComArch, BPSC. Produkty i technologie Oracle, m.in. w wyniku rozbudowania sieci partnerskiej, sa lub beda wykorzystywane w duzych systemach i projektach, m.in. w PZU, TP SA, w budowie CEPiK, w ARiMR, PKO BP oraz w systemie obslugujacym budzet panstwa. Z.Z. |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||
KOLOROWE TELEWIZORY TO NIE WSZYSTKOZ danych Glownego Urzedu Statystycznego wynika, ze zmiany na lepsze dotycza calego spoleczenstwa. Ale najbiedniejsi odczuwaja je najwolniej. W ciagu kilkunastu lat transformacji wymieniono czarno-biale telewizory na kolorowe, kupilismy magnetowidy i pralki automatyczne. Dane GUS wyraznie pokazuja, ze zwiekszaja sie nasze dochody realne. A mimo to mamy poczucie, ze nasza sytuacja materialna sie pogarsza. "Polskie gospodarstwo domowe posiada pelne wyposazenie tylko w podstawowe dobra trwalego uzytku" - pisali analitycy GUS w 1991 roku. "Wciaz brakuje przedmiotow luksusowych, chociaz dobra, ktore mamy, wymieniamy na przedmioty o coraz wyzszym standardzie." "Dobrami luksusowymi" w 1991 roku byly automatyczne pralki i kolorowe telewizory. 21 metrow na osobe Czternascie lat temu telewizor kolorowy mialo 40% rodzin. Dzisiaj - 94,9% (1,7 twierdzi, ze taki sprzet nie jest im potrzebny). W trzech czwartych polskich domow sa pralki automatyczne, samochod osobowy ma polowa rodzin - o takich liczbach na poczatku lat dziewiecdziesiatych mozna bylo tylko marzyc. Socjologowie mowia jednak, ze wyposazenie w sprzet nie wyznacza zamoznosci spoleczenstwa. - Telewizor kolorowy maja nawet te rodziny, ktorym trudno znalezc pieniadze na jedzenie - tlumaczy Wieslaw Lagodzinski z Glownego Urzedu Statystycznego. - Nie swiadczy to o wiekszej zamoznosci spoleczenstwa. Raczej o postepie technicznym. Trwa zauwazana przez socjologow juz kilkanascie lat temu tendencja do kupowania coraz nowoczesniejszych, coraz lepszych rzeczy. Z rownym zapalem jak na poczatku lat dziewiecdziesiatych kupowalismy magnetowidy dzis kupujemy zmywarki do naczyn, telefony komorkowe i komputery. Socjologowie podkreslaja, ze wtedy, gdy jakies dobro jest powszechne, o roznicach miedzy rodzinami decyduje jakosc sprzetu. O zamoznosci polskiej rodziny mozna tez wnioskowac na podstawie liczby komputerow i dostepnosci Internetu - wciaz nie sa one powszechne. Ale to sie zmienia. Z badan GUS wynika, ze w 2002 roku co piate gospodarstwo domowe mialo komputer, rok pozniej juz co czwarte (polowa z nich ma dostep do Internetu). Najnowszy sondaz CBOS pokazuje, ze komputery ma juz 37% polskich rodzin. Na poczatku transformacji ankieterzy nawet nie pytali o komputery. Do pozytywnych zmian zwiazanych z transformacja mozna dodac zwiekszenie szans na nauke na poziomie wyzszym (w 1990 roku na studia szedl niespelna co dziesiaty mlody czlowiek, w 2002 roku - co trzeci) i lepsze warunki mieszkaniowe. W 1988 roku na jedna osobe przypadalo przecietnie 17,1 metra kwadratowego mieszkania, w 2002 roku bylo to juz 21,1 metra. Lepsze wyposazenie w instalacje sanitarne i techniczne widac przede wszystkim na wsi: wodociag dochodzi juz prawie do 90% mieszkan na wsi (w 1988 r. - do 63,8%), toalety sa w trzech czwartych wiejskich domow (w 1988 roku - w niespelna polowie). Dobrze, czyli zle Jesli jest coraz lepiej, to dlaczego co piaty ankietowany uwaza, ze jego sytuacja materialna jest zla? Statystyki GUS pokazuja coraz wieksze rozwarstwienie spoleczne. Dosc powiedziec, ze w 1989 roku osob, ktore dostawaly mniej niz polowe sredniego wynagrodzenia, bylo 3,8%, zas w 2002 - juz 18,4% Nie znaczy to, ze przed kilkunastu laty roznic spolecznych nie bylo: w rodzinach osob pracujacych bylo na przyklad cztery razy wiecej "towarow luksusowych" (telewizorow kolorowych i pralek automatycznych) niz np. w rodzinach chlopskich. Bieda najbardziej dotyka dzieci - stanowia one 40% wszystkich osob nia zagrozonych. Sytuacja emerytow i rencistow nie jest taka zla, jak sie wydaje. Maja dochody wyzsze niz przecietne (w przeliczeniu na jedna osobe), rownoczesnie to oni najczesciej deklaruja, ze boja sie biedy w przyszlosci. Nie zmienia to faktu, ze rosna przecietne dochody calego spoleczenstwa, w tym takze grup najbiedniejszych. Jak wytlumaczyc ten paradoks? - Model spoleczenstwa przypomina drabine strazacka - mowi Wieslaw Lagodzinski. - Calosc przesuwa sie do gory, ale ci, ktorzy sa w strukturze spolecznej najnizej, przesuwaja sie najwolniej. Dystans miedzy najbogatszymi a najubozszymi stale sie zwieksza. SYLWIA SZPARKOWSKA |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||
POJEDYNEK HAKEROWJak czterej mlodzi informatycy z Poznania uratowali Microsoft Pracom nad laczeniem rozsianych po swiecie komputerow w pozyteczne uklady towarzysza wysilki specow od bezpieczenstwa sieci. W wyscigu biora udzial dobrzy i zli hakerzy. Czterej mlodzi adepci wiedzy komputerowej z Poznania maja sukcesy, o ktorych informuje CNN. Poznanskie Centrum Superkomputerowo-Sieciowe, afiliowane przy Instytucie Chemii Bioorganicznej PAN, to instytucja wazna na informatycznej mapie Europy. Pracuje ono bowiem nad tym, by rozrzucone po calym swiecie komputery i laboratoria, polaczone siecia Internetu, dzialaly jak jeden superkomputer, umozliwiajac prace grupowa rozproszonym zespolom. Po co? Bo nauce, podobnie jak przemyslowi, ciagle brakuje mocy obliczeniowych. Pol miliarda internautow Oto przyklad: wspolczesne eksperymenty fizyczne, podczas ktorych bada sie fundamentalne wlasnosci materii (prowadzi sie je m.in. w Genewie w Europejskim Osrodku Czastek Elementarnych CERN, w ktorego pracach uczestnicza takze polscy fizycy), angazuja tysiace naukowcow. W wyniku jednego doswiadczenia prowadzonego w gigantycznych akceleratorach z tysiecy czujnikow naplywaja informacje, ktorych ilosc przyprawia o zawrot glowy. Dane te musza trafic do odpowiednich adresatow, ci zas do ich przetworzenia i uzyskania nowej wiedzy o swiecie potrzebuja gigantycznych mocy obliczeniowych (i nigdy nie sa zadowoleni z tego, co im moga zaoferowac informatycy). Problem efektywnego dzielenia sie informacja w zespolach liczacych setki badaczy byl pod koniec lat osiemdziesiatych na tyle dotkliwy, ze Timothy Berners-Lee wraz z Robertem Cailliau, naukowcy pracujacy wlasnie w CERN, zaproponowali specjalny system laczenia dokumentow, tak by mogli z nich korzystac wszyscy badacze majacy dostep do sieci komputerowej. Pomysl byl wiecej niz strzalem w dziesiatke - to on stal sie podstawa rozwoju slynnej Globalnej Pajeczyny, internetowej sieci WWW laczacej obecnie w jedna calosc nieskonczone praktycznie zasoby multimedialnych tresci, z ktorych korzysta ponad pol miliarda internautow. Czy jednak na podobnej zasadzie jak dokumenty mozna polaczyc w sieci komputery, tak by tworzyly wspolny zasob? Pozytywnej odpowiedzi na to pytanie udzielili w polowie lat dziewiecdziesiatych amerykanscy naukowcy Ian Foster i Carl Kesselman, wprowadzajac do informatycznego slownika pojecie grid computing, czyli komputera z sieci, a dalej powszechnego systemu uslug sieciowych. Idea nabrala rumiencow. W Stanach Zjednoczonych powstalo Grid Forum, na co Europejczycy odpowiedzieli zakladajac wlasne. Spotkanie zalozycielskie mialo miejsce w 2000 r. w Poznaniu, ze wzgledu na jakosc tutejszego osrodka. Od tej chwili Stary Kontynent, Ameryka i Azja bezwzglednie rywalizuja i jednoczesnie wspolpracuja nad ustalaniem jednolitych standardow, a rezultatem wspolpracy jest niedawno powstale Global Grid Forum. Prace nad gridami, czyli ukladami laczacymi rozproszone w sieci komputery, wspieraja szczodrze i agendy rzadowe, i wielki przemysl. Poznanskie Centrum jest na przyklad koordynatorem projektu europejskiego o nazwie GridLab finansowanego przez Komisje Europejska (wspomniany Ian Foster uznal ten projekt za jeden z najwazniejszych, a na prestizowej konferencji Supercomputing 2003 w Baltimore dwie sposrod trzech nagrod dla najlepszej aplikacji gridowej przypadly rozwiazaniom, w ktorych bralo udzial Centrum). W GridLab uczestniczy dziewiec instytutow europejskich, trzy amerykanskie oraz dwa amerykanskie koncerny komputerowe. Z kolei w ramach Srodkowoeuropejskiego Konsorcjum Gridowego (w jego sklad wchodza oprocz poznanskiego warszawski i krakowski osrodek superkomputerowy, ICM i Cyfronet) ma m.in. powstac system analizy danych powodziowych zbieranych przez sluzby hydrologiczne Czech, Slowacji, Polski, Austrii, Wegier. W sytuacjach kryzysowych sieciowy superkomputer bardzo szybko umozliwi opracowanie na podstawie tych danych symulacji zagrozenia fala powodziowa. Moc z gniazdka Pomysl, by z polaczonych w sieci komputerow uczynic globalny superkomputer, zyskuje coraz wiecej zwolennikow zarowno w swiecie nauki jak i biznesu. Naukowcy coraz czesciej zapraszaja posiadaczy zwyklych komputerow podlaczonych do Internetu, by uzyczyli ich mocy (mikroprocesory naszych pecetow przez wiekszosc czasu spia) do obliczen potrzebnych w roznych projektach. Najwiekszy rozglos zyskal projekt SETI@Home, czyli sponsorowany przez amerykanska agencje kosmonautyczna NASA program poszukiwan zycia pozaziemskiego. W ramach tego projektu kazdy internauta, ktory zglosi akces, sciaga sobie odpowiednie oprogramowanie oraz porcje danych z radioteleskopow, ktore jego komputer w chwilach przestoju przetwarza i przesyla do centralnego laboratorium. W tym projekcie uczestniczy ponad 4,5 mln komputerow z 226 krajow (www.setiahome.pl/home_polish.shtml). Z kolei wielkie koncerny komputerowe, takie jak Sun Microsystem, Oracle, IBM i Hewlett-Packard, zaczynaja coraz powazniej roztaczac wizje utility computing. Zgodnie z nia juz niebawem z mocy obliczeniowej komputerow korzystac bedziemy tak jak z wody i elektrycznosci. Wystarczy podlaczyc sie do odpowiedniego gniazdka, by poplynal z niego strumien uslug komputerowych zdolnych zaspokoic potrzeby domowego uzytkownika, przedsiebiorcy potrzebujacego oprogramowania do zarzadzania firma, czy tez naukowca pracujacego nad nowym lekiem. Nad przyblizeniem tych wizji do rzeczywistosci pracuja z dobrym skutkiem m.in. informatycy w Poznanskim Centrum Superkomputerowo-Sieciowym. Prowadza nie tylko badania, ale i zajmuja sie budowa supernowoczesnej infrastruktury sieciowej dla polskiej nauki. Jest szansa, ze do konca tego roku glowne polskie osrodki akademickie beda polaczone siecia Pionier, czyli polskim Internetem optycznym (swiatlowodowym). Choc perspektywy i zastosowania dla mocy z gniazdka wydaja sie niemal nieograniczone, to jednak, by sie ziscily, pokonac trzeba wiele problemow. Najwazniejszy z nich to kwestia bezpieczenstwa. Coraz czesciej juz nie tylko z prasy, ale i z wlasnego doswiadczenia przekonujemy sie, ze wlaczone do sieci komputery staja sie ofiara roznego typu atakow. Wirusy, wlamania, kradziez i niszczenie danych to smutna rzeczywistosc, ktorej mozna przeciwdzialac, ale nigdy nie da sie jej wyeliminowac. Pelne bezpieczenstwo w cyberprzestrzeni jest nieosiagalne. Taki wniosek plynie z prac czterech pracownikow Dzialu Zabezpieczenia Sieciowego PCSS, ktore przykuly uwage CNN, ekspertow od bezpieczenstwa komputerowego pobudzily do goracych dyskusji, a wsrod inzynierow Microsoftu, najwiekszego producenta oprogramowania na swiecie, wywolaly dreszcz przerazenia. Michal Chmielewski, Sergiusz Fonrobert, Adam Gowdiak i Tomasz Ostwald siedem lat temu, jeszcze podczas studiow informatycznych w Politechnice Poznanskiej, zalozyli grupe hakerska o nazwie LSD (Last Stage of Delirium). Hakerska w pierwotnym, pozytywnym sensie tego slowa. Zgodnie bowiem z tradycja, wywodzaca sie ze Stanow Zjednoczonych z lat szescdziesiatych, hakerami nazywano ludzi wyszukujacych luki i bledy w systemach operacyjnych nielicznych wowczas jeszcze komputerow. Podobne zadanie stawiaja sobie czlonkowie LSD, a ich osiagniecia ciesza sie uznaniem w informatycznym swiecie. Wygrali m.in. organizowany w USA konkurs Hacking Challenge, wykryli tez bardzo wazny blad w oprogramowaniu do obslugi poczty elektronicznej (w tzw. serwerze pocztowym SendMail). Prawdziwy rozglos przynioslo im jednak wyszukanie bledu w jadrze systemu operacyjnego Microsoft Windows z 2003 r. Hakerzy z LSD udowodnili, ze blad ten umozliwia sprawnym wlamywaczom przejecie pelnej kontroli nad wlaczonymi do sieci komputerami. Blad mogl byc rowniez wykorzystany przez tworcow wirusow do zainfekowania systemu. Atakiem zagrozonych bylo do kilkudziesieciu milionow maszyn na calym swiecie, a jego skutki moglyby miec katastrofalne konsekwencje dla naszej zinformatyzowanej cywilizacji. Zgodnie z niepisanymi hakerskimi zwyczajami czworka z LSD przeslala najpierw raport samemu zainteresowanemu, czyli Microsoftowi. Firma natychmiast postawila na nogi wszystkie sily, by jak najszybciej przygotowac tzw. late, czyli specjalny, dostepny w Internecie program, usuwajacy blad. Od razu tez pojawily sie spekulacje, ile tez za swoj raport poznanscy informatycy zainkasowali od amerykanskiego giganta. Spekulacje takie wynikaja z niezrozumienia istoty prawdziwego hakerskiego etosu. Grupy takie jak LSD dzialaja bezinteresownie. Czlonkowie LSD uwazaja, ze nie mozna byc dobrym specjalista w dziedzinie bezpieczenstwa nie bedac dobrym hakerem (i na odwrot). Prof. Jan Weglarz, informatyk z Politechniki Poznanskiej i tworca PCSS, przyrownuje osiagniecie swoich podopiecznych pod wzgledem trudnosci oraz wplywu na bezpieczenstwo swiata do zlamania przez poznanskich matematykow podczas II wojny niemieckiej maszyny szyfrujacej Enigma. System operacyjny Microsoftu jest potezna konstrukcja zbudowana z 50 mln linii kodu zrodlowego. Wersja Windows Server Edition 2003 przygotowywana byla juz w ramach nowej koncepcji trustworthy computing, ktorej celem jest wlasnie zapewnienie wiekszego bezpieczenstwa systemu. Wyniki LSD podzialaly na wszystkich producentow oprogramowania jak kubel zimnej wody. Nawet miliardy dolarow i tysiace najlepszych programistow nie gwarantuja pelnego bezpieczenstwa. W informatyce trwa nieustannie swoisty wyscig zbrojen. Nie wszyscy hakerzy dzialaja tak jak LSD ze szlachetnych pobudek. Nie ma watpliwosci, ze podobnych grup, tylko dzialajacych z pobudek przestepczych (lub na zlecenie sluzb specjalnych i wywiadow), nie brakuje. O ich ponurej aktywnosci trudno sie czegokolwiek dowiedziec, bo ofiary tych dzialan: banki, towarzystwa ubezpieczeniowe lub agendy rzadowe, zazwyczaj nie informuja o atakach, by nie zepsuc sobie wizerunku. Podobnie producenci oprogramowania ewentualne bledy w swoich systemach staraja sie wylapac jeszcze "w domu", a gdy juz pojawi sie koniecznosc przeslania klientom laty, operacji towarzyszy staranna oprawa marketingowa. Mozemy byc pewni, ze zanim z gniazdek w naszych domach poplynie szerokim strumieniem moc obliczeniowa, informatyczne sily dobra i zla stocza jeszcze niejeden pojedynek. Wiekszosci tych zmagan nie bedziemy nawet swiadomi. EDWIN BENDYK |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||
WIESCI Z KRAJU
|
||||||||||||||||||||||||||||||||||||
IMPREZY, OGLOSZENIA***WITAMYKolezanki i Kolegow z nowopowstalego oddzialu SIP w London. Decyzja ZG SIP z dnia 4 marca 2004 r. zostal powolany nowy oddzial SIP w London. Oddzial liczy 24 czlonkow. Tymczasowym Przewodniczacym oddzialu jest kol. Mariusz Marko. Zarzad SIP ***SPK Kolo Nr 8zaprasza na pogadanke pani Moniki Kawerninskiej WREN-ki Pomocnicza Morska Sluzba KobietData: 6 kwietnia (wtorek) 2004 r. Po programie Kolo Pan przy SPK zaprasza na kawe i ciastka. ***SPK Kolo Nr 8zaprasza na pokaz filmu "Wspomnienia o Agnieszce Osieckiej"Data: 22 kwietnia (czwartek) 2004 r. *** |
||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
||||||||||||||||||||||||||||||||||||